Ganllwyd

Trzy dni w deszczu i… słońcu. Na przemian. Góry, lasy, doliny, jeziora, wodospady, rzeki, morze, plaża… I znów: góry, lasy… Cztery zamki – w tym trzy z listy UNESCO, a czwarty najbardziej malowniczy. Niewyobrażalnie kręte drogi, po których przejechaliśmy przeszło pięćset kilometrów. Spanie w aucie i moknięcie przy ognisku. Zatłoczone miasteczka i odludne pustkowia. Aha… i jedna elektrownia atomowa. Nieczynna… Tak wyglądało nasze pierwsze spotkanie z jednym z najpiękniejszych zakątków Wielkiej Brytanii – Snowdonią.

Yr Eryri – Krainę Orłów – jak nazywają ją miejscowi, mieliśmy w planach od wieków. Każda dyskusja na temat wyjazdu, kończyła się jednak stwierdzeniem: „choćby na pobieżny objazd, potrzebujemy minimum tygodnia!”. A urlopu na Wyspy, mimo wszystko, szkoda.

Postanowiliśmy: bez względu na wszystko – czyli głównie pogodę – ruszamy w piątek po południu, na weekendowy rekonesans. Co zobaczymy, to nasze. I przynajmniej będziemy wiedzieli gdzie warto wrócić.

Bioły i Skowron, którzy mieli nam towarzyszyć, nie wytrzymali presji i… wyjechali już w czwartek w nocy, z ambitnym planem zdobycia o poranku drugiego szczytu Snowdonii – Cadair Idris. Skończyło się na tym, że dwie minuty po osiemnastej, w piątek, zaleźliśmy ich kompletnie przemoczonych, ale zadowolonych w zajeździe Tyn-y-Groes w Ganllwyd.

Wniosek z przygody chłopaków był oczywisty: przy deszczu padającym właściwie w każdą stronę, silnym wietrze i ledwie kilkumetrowej widoczności, zdobywanie jakichkolwiek szczytów, nie ma sensu. Postanowiliśmy więc mierzyć trochę niżej. Na początek padło na wodospady Rhaeadr Du, znajdujące się dosłownie kwadrans spacerem od zajazdu.

(Nie)Fortunnie, czekając aż przejdzie kolejna deszczowa chmura, zagadaliśmy się z miejscowymi popijającymi w pubie piwo (bo co innego można robić w deszczowe piątkowe popołudnie w środku pustkowia?!). Standardowy zestaw pytań: skąd, po co, na co i dlaczego… Okazało się, że na tym odludziu wciąż jesteśmy ciekawostką. Szczególnie, że nie przyjechaliśmy tu „za chlebem”, ale w poszukiwaniu przygody. Poza tym, gościnność sympatycznych tubylców wynikała z faktu, że w jedyną w okolicy Polkę, byli zapatrzeni jak w obrazek. No i… przynajmniej połowa Ganllwyd była na jej weselu gdzieś pod Radomiem. Zanim, zaalarmowana przez – jak się później okazało – własnego szefa Agnieszka pojawiła się w Tyn-y-Groes, znaliśmy już cały jej życiorys.

Wieczorek zapoznawczy trochę się nam przedłużył, ale mimo późnej pory i wciąż padającej mżawki, zdecydowaliśmy się na szybki wypad nad wodospady. Oczywiście z Agą jako przewodnikiem.

To bez dwóch zdań złośliwość losu: przez sześć tygodni w Północnej Walii nie spadła niemal kropla deszczu, co, jak na ten region, graniczy z klęską suszy. Aż do czwartku – dzień przed naszym przyjazdem. Chociaż, bez deszczu wodospady pewnie nie wyglądały tak spektakularnie i, jak mawiają miejscowi, te piękne góry nie byłby takie piękne. Co prawda, to prawda…

Las Coed-y-Brenin, czyli Las Królów – najstarszy i największy las w Walii – przez który przepływa krótka, ale bystra i poprzecinana wodospadami rzeka Gamlan, wygląda o tej porze roku jak tropikalna puszcza. Mimo kilku tygodni „suszy”, zieleń jest niesamowicie soczysta, a ukryta w mroku gruba warstwa mchów pokrywa kamienie i konary drzew. Do tego jeszcze szum niezliczonych strumieni i huk Rhaeadr Du albo Czarnych Wodospadów. W liczbie mnogiej, bo składają się nań dwa duże – w sumie prawie dwudziestometrowe – progi i masa mniejszych kaskad. Nazwa wodospadów pochodzi od koloru jednej z półek skalnych, przerywających koryto Afon Gamlan.

Błotnistą ścieżką wracamy do Tyn-y-Groes. Nad wodospady wrócimy jutro, przy, miejmy nadzieję, bardziej sprzyjających warunkach. Teraz czas na grilla i piwo z miejscowymi. Integracja posunęła się tak daleko, że chłopaki skorzystali z uprzejmości Willa – walijskiego Anglika, albo angielskiego Walijczyka – i załapali się na noclegu niego w domu. My, nie chcąc nadużywać gościnności, zdecydowaliśmy się na pokój w zajeździe.

Przy okazji… Z niemałym zdziwieniem zauważyłem, że Walijczycy z północy (w przeciwieństwie do tych z południowych Dolin), na co dzień rozmawiają po Walijsku. I nie jest to, bynajmniej, język, który łatwo wpada w ucho!

Rano pogoda bez zmian: pada! Jedziemy po chłopaków. Ci jeszcze śpią, bo impreza z pubu przeniosła się do domu Willa i skończyła nad ranem. Trudno, my idziemy nad wodospady.

Gdy wracamy, nasi towarzysze są już gotowi. Znaczy… prawie. Spotykamy się na trasie między Ganllwyd a Dolgellau. Tylko tam udało im się znaleźć śniadanie.

Deszcz nie ustępuje, więc odpuszczamy sobie wypad w góry. Decydujemy się na kolejne – zdaniem tubylców z pubu bardziej widowiskowe – wodospady, kilka kilometrów na północ.

Pierwszy z nich – Pistyll Cain – jest absolutnie olśniewający! Ma prawie pięćdziesiąt metrów wysokości i spada w głęboki wąwóz o stromych, skalistych ścianach, porośniętych gdzieniegdzie paprociami.

Kilkaset metrów dalej, rzekę Mawddach przełamuje Rhaeadr Mawddach. Tłem dla tego, nieco mniej widowiskowego wodospadu, są pozostałości kopalni złota: zawalone budynki, ściany z okami i drzwiami, przez które można zaglądać do najstarszego walijskiego lasu, rury, pręty, blacha… Niby postindustrialny śmietnik, ale na tyle już zawłaszczony przez naturę, że stanowi jej integralny element.

Swoją drogą, skojarzenia z alaskańską „gorączką złota” nasuwają się same.

Parę kroków dalej w górę rzeki, dochodzimy do pięknego kamiennego mostu. Tu zawracamy. Na niebie zaś coraz jaśniej. Słońce coraz śmielej przedziera się przez chmury. Będzie dobrze! Musi być! Na wszelki wypadek jednak, rezygnujemy ze szczytów i jedziemy nad morze.

Cymer Abbey

W drodze do Barmouth zahaczamy o Cymer Abbey. To założone pod koniec XII wieku opactwo cystersów należało do najmniejszych i najbiedniejszych w całej Walii. Braciszkowie mieszkający na tym odludziu zajmowali się głównie wypasem owiec na okolicznych zboczach oraz wydobyciem i wytopem metali. Jednak ubóstwo – by nie powiedzieć bieda – jakie panowało w klasztorze, świadczą o tym, że zakonnicy fortuny się nie dorobili. Nie stać ich było nawet na dokończenie budowy całego kompleksu. A że biednemu wiatr zawsze wieje w oczy, wspierające rdzennych mieszkańców opactwo, bardzo ucierpiało podczas wojen Edwarda I o panowanie nad Walią.

Chociaż – to ciekawostka – w XIX wieku odkryto w otaczających Cymer Abbey górach sporo srebrnych naczyń. Prawdopodobnie ukryto je tam w okresie kasacji zakonów za czasów Henryka VIII. Pewnie dlatego, ogołocone ze skarbów opactwo, wyceniono na śmieszne pięćdziesiąt jeden ówczesnych funtów, czyli mniej niż dwadzieścia tysięcy dzisiejszych.

Do dziś, do zwiedzania pozostało bardzo niewiele. Ledwie fragmenty ścian kościoła z imponującymi oknami i fundamenty budynków klasztornych. Nic nadzwyczajnego. Niemniej, warto tu stanąć choćby ze względu na widoki. Mniej więcej na wysokości Cymer Abbey zaczyna się estuarium rzeki Mawddach, a nad doliną góruje Cadair Idris. Wciąż ukryty w gęstych chmurach.

Barmouth

Zamiast opisu trasy z Cymer Abbey do Barmouth, powinno wystarczyć słowo „malowniczy”, odmienione przez wszystkie przypadki, liczby i rodzaje. Droga bowiem wiedzie przy samym estuarium, czyli szerokim na kilkaset metrów ujściu rzeki Mawddach do Zatoki Cardigan. Przy niskim poziomie wody (deszcze, które zaczęły padać w górach najwyraźniej jeszcze tu nie dotarły), estuarium wygląda jak bajeczna plaża, z której wyrastają równie fantastyczne góry. Naprawdę trudno skupić się na prowadzeniu auta! Co rusz zatrzymujemy się, by z klasycznym syndromem karpia na twarzach, wpatrywać się w ten namalowany przez naturę, niemal kiczowaty w swym pięknie obraz. Albo jak szaleni fotografujemy go z każdej możliwej perspektywy…

Barmouth, niewielki, tętniący życiem kurort, a dawniej ważny ośrodek stoczniowy i port przeładunkowy łupków, z produkcji których przez lata słynęły góry Snowdonii, doskonale wpisuje się w ten krajobraz. Część miasteczka rozłożyła się na wąskim, płaskim pasie wzdłuż ujścia rzeki. Reszta przywarła do stromych zboczy. Patrząc z daleka trudno uwierzyć, ze do niektórych domów w ogóle da się dojść!

Symbolem i znakiem rozpoznawczym tego – zdaniem niektórych najpiękniej położonego – walijskiego kurortu, jest Barmouth Bridge, po walijsku Pont Abermaw, lub po prostu Most Barmouth, spinający brzegi rzeki Mawddach dosłownie przy samym ujściu do zatoki. Tę niezwykłą, liczącą ponad osiemset metrów długości, drewnianą konstrukcję, oddano do użytku w 1867 roku. W 1901 roku, dwa drewniane przęsła zastąpiono obrotowymi metalowymi, które miały usprawnić ruch dużych jednostek na rzece. Od lat 60. XX wieku, Barmouth Bridge popadał w ruinę, tak, że z czasem zamknięto go dla ruchu. Dopiero w 2005 roku, po szeroko zakrojonych pracach remontowych, most ponownie oddano do użytku i dziś służy normalnym przewozom pasażerskim na trasie ze Shrewsbury w Anglii, do Pwllheli na półwyspie Llŷn.

Harlech

Kolejną, niezwykle widokową – jak chyba wszystkie w tej okolicy – drogą, jedziemy do Harlech. Tu, na wysokim klifie, stoi jeden ze wspaniałych zamków wybudowanych na polecenie Edwarda I, które razem tworzyły tzw. „Żelazny Pierścień” wokół północno-zachodniej Walii.

Choć nie największy i nie najpotężniejszy, Harlech Castle uważa się za jeden z najdoskonalszych przykładów średniowiecznej architektury militarnej. Już samo położenie imponuje: z trzech stron dostępu do twierdzy chronią urwiste skały; czwartą – wschodnią – zabezpieczono wykutą w skale (!!!) fosą i potężną bramą.

Kamienną fortecę wzniesiono też w imponująco krótkim czasie, zaledwie siedmiu lat (1283-90), za skromne, w porównaniu do innych edwardiańskich zamków, 8190 ówczesnych funtów. W okresach najintensywniejszych robót, na placu budowy uwijał się prawie tysiąc wykwalifikowanych rzemieślników i robotników. Całością prac kierował genialny architekt, „Mistrz Robót Królewskich w Walii” – James od St. George. I jemu właśnie, po zakończeniu budowy, król powierzył dowództwo nad garnizonem, z niezgorszą pensją 100. marek, czyli 66. dawnych funtów rocznie.

St. George, który zamieszkał w wygodnych apartamentach w głównej bramie, miał pod sobą trzydziestu ludzi, w tym, między innymi, dziesięciu kuszników, kapelana, kamieniarza i cieślę.

O ironio, zamek zbudowany by trzymać w ryzach niepokornych Walijczyków, w czasie powstania pod wodzą Owain’a Glyndŵr na początku XV wieku, jako jeden z kilku musiał poddać się insurgentom. Na kilka lat Harlech stało się nieoficjalnym centrum walczącego o niepodległość kraju. Tu zwoływano parlament i rady, i tu właśnie księciem Walii mianowano Owain’a Glyndŵr.

Dopiero pod koniec 1408 lub na początku 1409 roku, po ciężkich bombardowaniach, Anglikom udało się odbić zamek. Dowodził nimi Henry of Monmouth, późniejszy król Henryk V.

Jednak najcięższe i najdłuższe oblężenie w historii całej Wielkiej Brytanii, kamienna forteca przeżyła pod koniec Wojny Dwóch Róż w latach 60. XV wieku. Przez siedem lat (!!!) zamku bronili stronnicy Lancaster’ów. Ich determinację opiewają wersy „Men of Harlech” – ulubionej pieśni fanów rugby, orkiestr wojskowych i „nieoficjalnego hymnu narodowego Walii”, jak bywa czasem nazywana. [wersja angielska; wersja walijska]

Przez wieki „tajną bronią” Harlech były sześćdziesięciometrowe schody prowadzące od zamku do podnóża klifu, na którym stoi. Dawniej bowiem, można było się do niego dostać… łodzią lub nawet statkiem! Tą drogą, podczas oblężenia zamku, dostarczano załodze wodę, żywność i resztę zaopatrzenia. Dziś, patrząc na odległe o kilkaset metrów morze, trudno w to uwierzyć…

Po raz ostatni kroniki wspominają o Harlech przy okazji Wojny Domowej. Po zdobyciu zamku przez zwolenników parlamentu w 1647 roku, padł rozkaz zrównania go z ziemią. Szczęśliwie niewykonany. Dzięki temu, 339 lat później, w listopadzie 1986 roku zamek Harlech, wraz z zamkami Beaumaris, Caernarfon i Conwy trafił na listę światowego dziedzictwa UNESCO.

Tanygrisiau

Wracamy w góry. Na dwudziestą umówiliśmy się w Blaenau Ffestiniog z Krzyśkiem, który w trzy godziny chciał dojechać do nas z Herefordu, pokonując 130 mil. Wybór miejsca spotkania był dość przypadkowy. Po prostu Blaenau to jedna z niewielu miejscowości, które zapamiętałem z mapy (ech, te cudowne walijskie nazwy…), i do której stosunkowo łatwo trafić. A to, w krainie gdzie zasięg komórek zależy chyba od wiatru – chociaż głównie po prostu go nie ma – i gdzie zdezorientowane telefony, rozpaczliwie poszukując kontaktu ze światem, wyładowują się w dosłownie kilka godzin, bardzo istotne. „Masz być tu-i-tu, o-tej-i-o-tej godzinie. Bez odbioru.”

Skowron i Bioły, którzy tym razem mieli prowadzić, standardowo zgubili drogę, więc to my, przypadkiem, byliśmy na miejscu pierwsi. Hmmm… W zasadzie – i to kolejna komplikacja – nie dojechaliśmy do samego Blaenau, ale na przedmieścia o wdzięcznej nazwie Tanygrisiau, co znaczy „u podnóża schodów”, bo właśnie jak gigantyczne schody wyglądają góry wyrastające nad osadą. Naiwnie uznaliśmy, że skoro z głównej drogi skręciliśmy tylko dwa razy, by tu trafić, reszcie przyjdzie to z podobną łatwością. W tym przeświadczeniu spędziliśmy… półtorej godziny. Pani Zwierzowa zdążyła się w tym czasie przespać, a ja obfotografowałem okolicę.

Jeszcze w XVIII wieku, strony te były niemal bezludne i częściej spotkać można tu było na pół dzikie owce, niż dobrego chrześcijanina. Sytuacja zmieniła się diametralnie po odkryciu złóż idealnie rozdzielających się łuków, które w ciągu kilku dziesięcioleci podbiły, a raczej przykryły – w formie dachówek – spory kawałek świata.

W czasie łupkowego boomu, zbocza wokół Blaenau podziurawiono niezliczoną ilością szybów. Sieć tuneli największej kopalni liczyła, na przykład, ponad 50 mil długości! Wyrobiska innej – Manod Quarry – posłużyły natomiast za schron dla dzieł Rubensa, Rembrandta i innych wielkich twórców, które przewieziono tu z National Gallery i Pałacu Buckingham w czasie niemieckich bombardowań Londynu.

Dla sprawnego transportu górników i ich urobku, już w latach 30. XIX wieku, w Dolinie Ffestiniog wybudowano kilka wąskotorowych linii kolejowych. Jedna z nich – Ffestiniog Railway, otwarta w 1836 roku – jako ruchomy zabytek, funkcjonuje do dziś. Za „jedyne” osiemnaście i pół funta, można się nią przejechać z serca Snowdonii do Porthmadog na wybrzeżu Zatoki Cardigan. Pomysł kuszący i wart rozpatrzenia przy kolejnej wizycie…

Kiedy cała ekipa w końcu cudem się odnalazła, trzeba było już myśleć o noclegu. Wybór padł na pole namiotowe nad Jeziorem (Llyn) Trawsfynydd.

Trawsfynydd

Trzecie pod względem wielkości jezioro w Walii, na mapie prezentowało się niemal jak małe morze! Dlatego je wybraliśmy. W rzeczywistości, przy dobrym zamachu, pewnie dałoby się trafić kamieniem owcę na drugim brzegu. Albo – co zważywszy na rozmiary, byłoby jeszcze prostsze – elektrownię atomową. Tak, tak. Najprawdziwszą elektrownię atomową w środku parku narodowego.

Tu dopadły nas znaczne rozbieżności zdań. Skowron i Krzysiek byli wyraźnie zdegustowani szramą na krajobrazie. Reszcie zaś, do głowy przychodziły skojarzenia z filmami sci-fi: bazy pionierów na dalekich, dzikich planetach, „Gwiezdne Wojny”, „Avatar” i takie tam… Kompromisowo, już po zmroku, umówiliśmy się, że to po prostu niezbyt urodziwy zamek, jakich w Północnej Walii mnóstwo. Inna sprawa, że widoki górskich szczytów odbijających się w tafli Llyn Trawsfynydd bez dwóch betonowych klocków, raczej niewiele by stracił.

Ale chyba trochę za późno na takie rozważania. Dosłownie i w przenośni. Lepiej zająć się czymś pożytecznym. Część załogi jedzie po zaopatrzenie, część zostaje i rozbija namioty. Pierwsze zadanie okazało się niełatwe: za kilkoma browarami i jakąś kolacją, chłopaki zjeździli spory kawałek Walii – wrócili po półtorej godzinie. Druga misja okazała się zbędna: na noc tak się rozpadało, że zdecydowaliśmy się spać w samochodach. Wystarczająco przemokliśmy siedząc w sztormiakach przy ognisku…

Za to poranek przywitał nas, może jeszcze trochę nieśmiałym, ale jakże upragnionym słońcem.

Rhyd Ddu

Na niedzielę, od początku, w planach były zamki północnego wybrzeża. Miłośnicy wspinaczki, zachęceni słońcem, trochę protestowali, ale w końcu dali się przekonać. Oczywiście trochę się pogubiliśmy i zamiast pojechać prostą i szeroką trasą wzdłuż brzegu, skręciliśmy w A4085 biegnącą tysiącem zakrętów u podnóża pasma Snowdonu. Podobno trasa bardzo malownicza – ja pociłem się starając nie skasować auta na niekończącym się murku ograniczającym drogę.

Widoki dane było mi podziwiać tylko przy okazji kilku przystanków, albo czekając na przejazdach wąskotorowej Walijskiej Kolei Wysokogórskiej – Welsh Highland Railway.

Tak na marginesie… Walijczycy mają jakąś obsesję na punkcie górskich (ale nie tylko) wąskotorówek. To niemalże „walijski produkt regionalny”! Welsh Highland Railway, Ffestiniog Railway, Llanberis Lake Railway, Bala Lake Railway… To tylko kilka spośród kilkunastu (a może nawet kilkudziesięciu?) linii, na krótszych lub dłuższych dystansach przecinających walijskie krajobrazy.

Niektóre z walijskich wąskotorówek określa się jako „heritage railway”, czyli – tłumacząc prawie dosłownie – „dziedzictwo kolejowe”. Jasno pokazuje to, jaką wagę się im przypisuje. Ciekawe jest też to, że część (o ile nie większość) kolejek do życia przywrócili hobbyści, zapaleńcy i miłośnicy techniki. Często bez udziału czy pomocy jakichkolwiek władz.

Inna sprawa, że wąskotorówki, czy mówiąc ogólnie – „historyczne koleje”, nie tylko te w Snowdonii, ale generalnie w Wielkiej Brytanii, to zwyczajnie świetny interes! Przejażdżki na krótkich z reguły odcinkach, kosztują od kilku, do przeszło trzydziestu funtów. To całkiem sporo. I prawie zawsze wykładane boazerią wagoniki są pełne…

Caernarfon

Gdy na początku lat 80. XIII wieku, Edward I spacyfikował północno-zachodnią Walię i otoczył kraj pierścieniem kamiennych fortec od Aberystwyth na środkowym wybrzeżu, aż po Flint w pobliżu historycznej granicy walijsko-angielskiej, jako główny ośrodek administracyjny nowych ziem wyznaczył Caernarfon. Siedzibą władz miał być „najwspanialszy zamek jaki widziało ludzkie oko”. Wykonania tak ambitnego zadania mógł się podjąć jedynie genialny James of St. George d’Estagne – nadworny architekt normańskiego władcy.

W zamyśle twierdza wraz z przylegającym do niej miastem miała nawiązywać do imperialnej potęgi Rzymu, inspiracją dla fortyfikacji miały być mury Konstantynopola, a całość przywoływać miała mity i legendy celtyckie. Trudno powiedzieć na ile udało się plany te zrealizować. Nie ulega jednak wątpliwości, że po siedmiuset latach Caernarfon Castle wciąż zadziwia i imponuje.

Masywne i wysokie mury wyrastające tuż przy brzegu rzeki Seiont i Menai Strait, nawet dziś wydają się nie do sforsowania. Podobnie jak główna brama – King’s Gate – którą po zniszczeniach dokonanych podczas rebelii Walijczyków w 1284 roku, odbudowano jako fortecę samą w sobie (zdaniem historyków, była to czysta przesada nastawiona na efekt zastraszenia). Potężne, wyjątkowe bo ośmiokątne, baszty podwyższono dodatkowo dziewięcioma wieżyczkami. Kilka z nich wieńczyły niegdyś kamienne orły, co miało nawiązywać do rzymskiej tradycji. Do tego fosa, druga potężna brama, mosty zwodzone i mnóstwo nowoczesnych rozwiązań, mających przede wszystkim odstraszać i studzić buntownicze zapędy Celtów.

Ale militarne panowanie najwyraźniej Edwardowi I nie wystarczało. Chciał złamać ducha Walijczyków i raz na zawsze ustanowić zwierzchność Londynu nad całą krainą. Legenda głosi, że król obiecał ciągle niespokojnym tubylcom księcia urodzonego na walijskiej ziemi i niemówiącego słowa po angielsku. Obietnicy dotrzymał: 25 kwietnia 1284 roku, królowa Eleonora, w tymczasowych drewnianych apartamentach, powiła Edwarda z Caernarfon.

Czy ów podstęp jest jedynie zmyśloną historią mającą ośmieszyć naiwność podbitego narodu, czy rzeczywiście tak było, faktem pozostaje, że niemówiącego żadnym językiem niemowlaka urodzonego w Caernarfon, wyznaczono na pierwszego księcia Walii wywodzącego się z angielskiej rodziny panującej. Odtąd, każdy pierworodny syn królewski, zanim objął tron w Londynie, otrzymywał tytuł księcia Walii.

Oficjalna uroczystość mianowania Edwarda z Caernarfon walijskim suwerenem, odbyła się, rzecz jasna, w zamku Caernarfon, siedem lat po jego narodzinach. Kolejni książęta nie odczuwali już jednak specjalnej presji i przywiązania do rytuałów i zadowalali się uroczystościami w stolicy. Aż do początków XX wieku. W 1911 roku, najsłynniejszy walijski polityk, wówczas parlamentarzysta – David Lloyd George, zaproponował przeniesienie ceremonii mianowania kolejnego z Edwardów na księcia Walii z powrotem do zamku Caernarfon.

Nowa świecka tradycja przyjęła się i w 1969 roku, znany wszystkim doskonale z niepospolitej urody książę Karol Mountbatten-Windsor, również tu otrzymał swój tytuł.

Trzeba jednak powiedzieć, że formalna zwierzchność nad krajem, w żaden sposób nie przekłada się na władzę nad sercami jego mieszkańców. Dla nacjonalistów walijskich, Windsor jest nikim więcej, jak tylko kolejnym uzurpatorem. A spotykane tu i ówdzie na północy Walii graffiti „Precz z kolonistami”, nie odnoszą się bynajmniej do letników i dobitnie świadczą o stosunku Celtów do narzuconej im przed wiekami okupacji.

Conwy

Nieco mniej emocji – nazwijmy je – patriotycznych, wzbudza kolejne z miast na naszej zbyt szybkiej trasie – Conwy.

Podobnie jak w Caernarfon, Harlech i kilku innych miastach regionu, tutejszy zamek i miejskie fortyfikacje wzniesiono z polecenia króla Edwarda I i według projektu mistrza James’a od Świętego Jerzego. I podobnie jak pozostałe, wpisane na listę światowego dziedzictwa UNESCO twierdze „Żelaznego Pierścienia”, mimo upływu siedmiu wieków – zachwyca.

Tym co wyróżnia Conwy Castle, jest pozornie niezbyt strategiczne położenie. Ale, właśnie, to tylko pozory! Średniowieczną fortecę wybudowano na niewysokiej, ale i niezniszczalnej platformie skalnej, tuż przy ujściu rzeki Conwy. Zrezygnowano nawet z charakterystycznych dla konstrukcji St. George’a podwójnych murów obronnych, uznając najwyraźniej, że dwa barbakany i osiem potężnych baszt wystarczy by zniechęcić kogokolwiek do ataku.

Co zasługuje na podkreślenie, tę niezwykłą – nawet w skali europejskiej – twierdzę, wzniesiono w rekordowym czasie zaledwie czterech lat. Na placu budowy uwijało się półtora tysiąca rzemieślników i murarzy. Ostateczny rachunek opiewał zaś na piętnaście tysięcy funtów, co czyniło z Conwy najkosztowniejszą inwestycją Edwarda I. W przeliczeniu na dzisiejsze funty, byłyby to jakieś niewyobrażalne miliony! Chyba było warto, skoro zamek stoi do dziś i wciąż budzi respekt swoją przytłaczającą potęgą…

Tuż obok zamku, dosłownie dwa kroki, brzegi rzeki Conwy spina słynny Conwy Suspension Bridge. Ten wiszący most, zbudowany w 1826 roku, jest dziełem Thomas’a Telford’a – jednego z najbardziej utalentowanych inżynierów z czasów angielskiej rewolucji przemysłowej. Kiedyś most stanowił część ważnego szlaku, łączącego Walię z Północną Irlandią. Dziś, wyłączony z ruchu, wraz ze stróżówką, w której pobierano myto (obecnie £1), stanowi najwyższej klasy zabytek techniki. W dodatku całkiem przyjemny dla oka.

Będąc w Conwy, warto też wybrać się na spacer wzdłuż murów obronnych starego miasta. Wybudowano je w tym samym czasie co zamek, dla ochrony napływających tu z Anglii nowych mieszkańców, przed Walijczykami, którzy co kilka lat upominali się wolność w mniej lub bardziej skutecznych rebeliach i powstaniach. Praktycznie cały, przeszło kilometrowej długości pierścień otaczający miasto i 21 baszt, przetrwały do dziś.

Kilka perełek znajdziemy też w obrębie murów. Chociaż mówienie o perłach jest trochę niesprawiedliwe, bo w zasadzie cała starówka wygląda doskonale!

Wśród najcenniejszych pamiątek po dawnych czasach, wymienia się jednak przede wszystkim Plas Mawr. Ten najlepiej zachowany na Wyspach elżbietański dom-pałac, wzniesiono w latach 1576-85 (a więc budowano go dłużej niż ogromny zamek!), dla bogatego i wpływowego kupca Robert’a Wynn’a. Miłośników antyków czeka tu niezła uczta. Wystrój i wyposażenie pałacu zachowały się w niemal idealnym stanie.

Parę ulic dalej, w samym centrum starego miasta, przy Castle Street, stoi Aberconwy House. Niepozorny, lekko koślawy dom zbudowany z drewna i kamienia datowany jest na XIV wiek, co czyni go prawdopodobnie najstarszym budynkiem w mieście.

Inny domek z serii „naj”, stoi przyklejony do murów miejskich od strony przystani. To najmniejszy dom w Wielkiej Brytanii. A przynajmniej tak jest reklamowany. Jeszcze na początku ubiegłego stulecia, w tej kamieniczce wielkości kiosku „Ruchu”, mieszkał samotny rybak. Teraz mieści się tu – podobno wyjątkowo tandetne – muzeum, w którym odwiedziny sobie darowaliśmy.

Dolwyddelan

Na powrót… jako kropkę nad „i”, wisienkę na torcie… zostawiliśmy sobie Dolwyddelan Castle. Oczywiście głównie dlatego, że stoi przy drodze. Na miejscu okazało się niestety, że zamek jest już zamknięty. Czy raczej, uściślając, bardzo niemiła opiekunka, zatrzasnęła nam przed nosem główną bramę. Pewnie byśmy odpuścili, gdyby nie małe strzałki znaczące „Castle Trail” i prowadzące z dala od domu wiedźmy-kluczniczki. Długo się nie zastanawialiśmy…

Dolwyddelan Castle zbudowano na wysokiej skale, z której, oprócz malowniczej górskiej panoramy, doskonale widać drogę między Betwys-y-Coed a Blaenau Ffestiniog. Dziś zaznaczona na mapach jako A470, trasa ta od stuleci była jedną z ważnych przepraw przez góry Snowdonii. Stąd zapewne wybór strategicznego miejsca na budowę zamku.

Do końca nie wiadomo kto i kiedy wzniósł tę kamienną strażnicę. Legendy mówią, że tu właśnie, w 1173 roku, przyszedł na świat Llywelyn ab Iorwerth, zwany Wielkim – jeden z najważniejszych władców w dziejach celtyckiej Walii. Historycy natomiast skłonni są raczej jemu właśnie przypisywać autorstwo pomysłu budowy zamku w tym miejscu. Szczególnie, że wraz z niedalekimi – a wzniesionymi z jego polecenia – zamkami Dolbadran i Prysor, tworzyły system kontroli nad górską częścią niezależnego państwa walijskiego kierowanego przez Llywelyn’a Wielkiego i jego następców.

Pewne jest za to, że przez kilka dziesięcioleci, Dolwyddelan był siedzibą kolejnych książąt i dworu. Do 1283 roku, gdy w niewyjaśnionych do końca okolicznościach, praktycznie bez walki, znalazł się w rękach Anglików prowadzonych przez Edwarda I.

Nowi gospodarze, niemal z biegu, wzięli się za przebudowę zamku. Obok nietypowej, czworokątnej wieży, stanęła druga – okrągła. Wzmocniono obronę naprawiając mury i sprowadzając najnowocześniejsze machiny wojenne, po czym twierdzę obsadzono doborowym garnizonem. Królewskie inwentarze podają, że wojów z Dolwyddelan wyposażono nawet w specjalne białe tuniki i rajtuzy na wypadek prowadzenia wojny w zimie.

…a wszystko to na próżno, bo zamek nigdy już nie odegrał żadnej istotnej roli. Z czasem został opuszczony i pozostawiony na pastwę nieprzyjaznej snowdońskiej aury. Kilku epizodycznych właścicieli na przestrzeni wieków nie miało większego wpływu na kształt i stan zamku. Dopiero w XIX wieku przeprowadzono poważniejsze prace remontowe, by nie powiedzieć reanimacyjne.

Znamienne – szczególnie dla walijskich nacjonalistów – że w całkiem przyzwoitym stanie przetrwała do dziś tylko wieża wzniesiona przez i dla prawowitych walijskich książąt, podczas gdy z młodszej – angielskiej, został ledwie kawałek poszarpanej ściany.

I właśnie po to, by obejrzeć z bliska tę namiastkę dawnej świetności, pół godziny wspinaliśmy się w błocie i owczym gównie, nadrabiając spory kawałek drogi. Warto było! Ale nie jestem w stanie powiedzieć dlaczego. Może to ten wiatr, deszcz (no ba!), pustka dookoła i szczyty w chmurach? Może…

Chyba właśnie tam, zupełnie na pożegnanie, Snowdonia usidliła nas na dobre. Wracamy. Tylko jeszcze nie wiemy kiedy. Z góry ten kraj musi wyglądać jeszcze piękniej…