Chcę być bogaty, dlatego nie poszedłem na etat

Dlaczego nie etat?

Spytałam 40 przedsiębiorców do trzydziestki, dlaczego pogardzili etatami i założyli firmę.

Bo chcieli dowiedzieć się, ile są warci.

– Bo żeby iść na etat, to trzeba mieć jaja: pobudki o szóstej rano, harowanie dla kogoś i nadzieja, że na starość utrzyma cię ZUS. Wolne żarty!

Bo już w przedszkolu nie mówili: będę strażakiem, ale: będę biznesmenem.

Bo nie cierpią, gdy się nimi dyryguje.

Bo pracują, kiedy chcą (czyli prawie non stop).

– Bo na etacie tracisz czas: żeby być kimś, musisz się zasiedzieć na kilka lat i dopiero jak masz staż, masz głos.

Bo własna działalność to niezależność i większe pieniądze.

Bo sami chcą decydować, czym się zajmą, a które zlecenia odrzucą.

Bo na etacie czuli, że potrafią więcej niż ich szef.

Własna firma to przygoda, a etat – stateczność.

Bo chcą, by za usługę klient dziękował im, nie ich przełożonym.

Bo tak młodym ludziom nikt na etacie nie zapłaci przyzwoicie.

– Bo uwielbiam dawać pracę!!! Szukać takich, co wsiądą do łódki i popłyną razem ze mną.

Bo przyszedł kryzys i ich CV nikt nawet nie czytał.

Ostatnie miesiące to prawdziwa eksplozja przedsiębiorczości. Badania Eurobarometru pokazują, że blisko połowa młodych Polaków chce mieć własną firmę.

Panna Lu: Na etacie się zmęczyłam

Lu jest fotografką. Ma 24 lata. I rzeczywiście jest panną. Mieszka w Szczecinie. Używa pseudonimu, od kiedy wrzuciła pierwsze zdjęcie do sieci. We wrześniu nazwała nim swoją firmę. Ale do dziś nie szarżuje z nazwiskiem. Bo zbyt banalne. Promuje się więc jako Lu, przedstawia jako Lu, tylko gdy podpisuje umowę i ściska klientowi dłoń, cicho bąknie, że tak w ogóle to Bąk Karolina jest.

Tuż po studiach (Akademia Sztuk Pięknych w Poznaniu) dostała etat w sklepie internetowym. Wytrzymała chwilę. – Zmęczyłam się. Tyle pracy, tyle zleceń, wolnych sobót coraz mniej. Nie starczało czasu na robienie zdjęć. Rozdrabniałam się. I jeszcze ciągłe pretensje, że niechlujem jestem. Wyjście było jedno: własny biznes.

Czuła się artystką i nigdy nie interesowało ją, co to VAT, PIT i którędy do urzędu skarbowego. Bała się. Chłopak dodał jej odwagi. Na biznesie się zna. Handluje w sieci firanami.

Pieniądze (36,8 tys.) na założenie firmy Lu wygrała w konkursie „Paszport do przedsiębiorczości” organizowanym przez Zachodniopomorską Agencję Rozwoju Regionalnego. Pokonała 700 rywali („Wszyscy tak młodzi jak ja, z superpomysłami: ktoś chce produkować klimatyzowane namioty, w których będzie można organizować imprezy, ktoś chce sprowadzić do polskich pubów automaty z kondomami i podpaskami, no bo dlaczego na Zachodzie mają, a my nie?”).

Otworzyła studio w Szczecinie. Fotografuje modę, kobiety w ciąży, ma zlecenia od lokalnych gazet, szkół tańca, producentów odzieży. Z największym sentymentem wspomina pierwsze zlecenie – robiła zdjęcia legendarnym Filipinkom.

– Pracuję, gdy chcę. Jak mam wenę, to nawet po 2,5 godziny przez cały tydzień śpię. Jak nie mam weny – to cały tydzień nic nie robię. Na etacie wenie dać upustu nie mogłam. W końcu mam czas na myślenie.

Tylko rozpychać się nie umiem, o pieniądze zadbać. Bywa tak: znajomi mówią – zrób nam zdjęcia ślubne, damy ci 900 zł, kupisz sobie coś do aparatu. A ja na to: OK. Ale zapłaćcie mi 600… I tak przez godzinę. Ja w dół, oni w górę. Nie ceniłam się zbytnio. Z niektórymi klientami zdarzało mi się w ogóle o pieniądzach nie gadać. Odbierali pracę i znikali.

Nie zawołałam, to nie zapłacili. Dostałam w kość. Ale już się wyrobiłam.

Lu zarabia już prawie tyle, ile by chciała – 6 tys. na rękę. Gdy wyrobi sobie markę, chce pracować dla domów mody. Zagranicznych najlepiej. A w Szczecinie otworzyć galerię: żeby pokazywać nie tylko fotografię, ale też biżuterię, obrazy, projekty przyjaciół. I będzie podróżować.

– Rodzice inaczej myśleli. Koncentrowali się na tym, by dzieciom zabezpieczyć przyszłość i mieć co do garnka włożyć. I co z tego mają? O właśnie! Zarabiam teraz dla mojej mamy, żeby sobie mogła gdzieś pojechać. Już na emeryturze jest, całe życie w szkole pracowała, świata nie zdążyła zobaczyć.

Czym różnią się od rodziców

Rodzice 26 z 40 przedsiębiorców, z którymi rozmawiałam, całe życie pracowali na etatach. Młodzi oceniają ich surowo.

– Nie mogłabym wstawać jak oni, o świcie. Tylko gdy obudzę się o 9, jestem kreatywna. Rodzice tego nie rozumieją (szefowa Babilądu w Poznaniu).

– Starsze pokolenie z nami przegra. Nie potrafi się sprzedać. Nawet listu motywacyjnego sensownie nie napiszą (stworzył portal wSzczecinie.pl).

– Nauczyli nas jednego: ciężka praca w czyjejś firmie nie oznacza dużych pieniędzy (producent gadżetów reklamowych z Poznania).

– Rozpuszczeni są. Państwo ma dać pracę, dać emeryturę. Pomyłka (szef portalu promującego imprezy w klubach z Bydgoszczy).

– Gdy zakładałem firmę, mama lamentowała: „Boże, na co ci to? Stracisz pieniądze, zakopiesz się, a jaki horror przeżyjesz, gdy firmę trzeba będzie zamknąć!”. Mój sukces naprawdę ich zaskoczył (współtwórca photoblog.pl).

– Tata to typowy etatowiec. Jego życie nauczyło mnie jednego: że lepiej założyć swoją firmę (27-latek, serwisuje komputery i wdraża oprogramowania dla firm).

– Ich pokolenie kurczowo trzymało się etatów. Wychodziło co rano, by odbębnić swoje. I koncentrowało na tym, żeby zaoszczędzić. Co oczywiście mało komu się udało. Dlatego ja wolę inwestować. Profity przyjdą (twórca stron internetowych i nadruków na odzież z Kielc).

– Pokolenie 40-latków chce stabilnej pracy, najlepiej w urzędach. A potem marudzą i pretensje mają do całego świata. Przecież w Polsce nie ma niewolnictwa! (szef firmy monitorującej media z Bydgoszczy).

– Rodzice pracowali na etatach, ale mieli pewien przejaw przedsiębiorczości. W PRL-u jeszcze przez kilka miesięcy produkowali w domu choinki. I dzięki temu się odbili. Z biednych skoczyli do klasy średniej. Ale nie zostali przy tym, bali się ryzyka (23-letni właściciel pola paintballowego pod Krakowem).

– Oni często byli już po trzydziestce. Mieli żony, dzieci na utrzymaniu. My nie mamy. Dlatego możemy ryzykować (szef agencji reklamowej).

– Rodzice myśleli tak: czy się stoi, czy się leży, tysiąc złotych się należy. My wymagamy od siebie więcej. Za odbicie karty w zakładzie pracy nikt nam nie zapłaci. Skończone studia sukcesu zawodowego nie zagwarantują (szefowa Wzorcowni w Bydgoszczy).

– Rodzice są z pokolenia etatowców: spokojna praca, własne mieszkanie, dobrze znane rodzinne miasto. Dla nas – czy mieszkasz w Nowym Jorku, czy w Londynie – żadna różnica. Dla rodziców – wycieczka z Gdańska do Bydgoszczy jest poważną wyprawą i trzeba szykować kanapki. Gdy zrezygnowałam ze stażu w urzędzie, na który wysłał mnie pośredniak – w domu zapanowała żałoba. Trudno im zrozumieć, że własna działalność to niezależność. A ona jest większym powodem do odkorkowania szampana niż zdobycie etatu. Nigdy nie chcę mieć domu. Dlaczego? Bo ciągle trzeba coś przy nim dłubać. Odśnieżać (właścicielka Moka Design w Gdyni).

– My wiemy, że nie trzeba się zaharować, żeby do czegoś dojść. I można życiem cieszyć się bardziej (projektantka wnętrz z Bydgoszczy).

Maciej: Nie chcę być szczurem

24-letni Maciej Galon pomysł na biznes obmyślał na meczach Wisły Płock.

– Razem z kolegą ze stadionu, Adrianem. Kończyłem właśnie ekonomię na UMK. Nie dopuszczałem myśli, że skończę jako szczur w banku, co wciska klientom kit i gania za prowizją – wspomina współwłaściciel płockiej agencji reklamowej Ultra Propaganda.

– Nie mieliśmy nic. Tylko masę bezrobotnych kumpli. I ugraliśmy na tym. Najpierw, dwa lata temu, założyliśmy Agencję Pracy Tymczasowej. Woziliśmy kolegów na budowy w Płocku i w Warszawie. Nie czuliśmy się szefami. Pracowaliśmy z nimi. Jak trzeba było posprzątać i umyć okna w nowo wybudowanym bloku, to braliśmy szmaty w ręce. Różniło nas tylko to, że to my negocjowaliśmy z firmami i to do nas przychodzili koledzy dziesiątego po wypłatę. Tak działaliśmy przez rok. Nie zarabialiśmy na samochody, ale na kapitał, by założyć firmę.

W Ultra Propagandę zainwestowali około

35 tys. Kupili pierwsze maszyny: karuzelę do sitodruku, prasę, suszarkę. Gdy wyszli z inkubatora przedsiębiorczości, zdobyli jeszcze dotację na założenie własnej firmy (18,5 tys.).

Robią nadruki na koszulkach, bluzach, kurtkach, breloczkach, długopisach, pluszakach. Przyjmują hurtowe zamówienia od firm, ale też indywidualne. W Płocku jeszcze nie mają konkurencji.

– Pracujemy po 10, 12 godzin dziennie. Jak trzeba – zostajemy w firmie na noc. Nie jesteśmy spod znaku melisy.

– Czego?

– Nam się chce. Ci spod melisy są leniwi, opieszali. My nigdy nie mówimy, że czegoś nie da się zrobić. Może się nie dać szybko, nie dać tanio. Ale da się.

Maciej i Adrian jeszcze nie wypłacają sobie pensji.

– Wypłacamy sobie ze wspólnej kasy na to, na co nam trzeba, mamy do siebie zaufanie. Ale większość inwestujemy. Teraz wchodzimy w druk cyfrowy. Pieniądze nie są najważniejsze. Ile starczy mi na miesiąc? Jakieś 8 tysięcy. Wierzę, że wszystko potrafię i wszystko mi się w życiu uda. Może i patrzę na siebie bezkrytycznie. Ale tak trzeba.

Jakie mają kompleksy?

– Kompleks? Edypa chyba!

– Łysieję trochę… (śmiech).

– Coś by się znalazło, ze 100 kg ważę. Ale czy to coś zmienia?

– Bo ja wiem, może brzydko się śmieję (buchacha!)

– Kompleks? A co to słowo znaczy?

Tak odpowiada więcej niż trzy czwarte młodych biznesmenów.

Zaledwie siedmiu wyznało mi, że coś ich boli.

Marcinowi Lechowi z Rosso.pl brakuje cierpliwości i zaufania do ludzi.

Wojciech Wirwicki (prowadzi portal

wSzczecinie.pl) czuje, że jest kiepskim sprzedawcą. I zbyt dużym ideowcem (co w sumie na jedno wychodzi).

Mateusza Browińskiego (26 lat, założył firmę Klubowa.pl) codziennie coś przeraża. Najczęściej kruczki prawne.

Asia Radomska z Chojnic jest zbyt drobiazgowa („za dużo się przejmuję, przeżywam każdą minę klienta”)

Łukasz Dragosz, współwłaściciel pola paintballowego pod Krakowem, wie, że klienci patrzą na niego jak na małolata i czasem czuje się jak gówniarz. Dwudziestoparoletni przedsiębiorcy o kompleksach mówić nie chcą, ale dużo bardziej rozmowni stają się, gdy pytam o atuty.

Najczęściej wymieniają: odwagę, kreatywność, elastyczność („mogę się szybko przekwalifikować i jutro otworzyć nową firmę”), pomysłowość („już dwie dotacje z Unii wyciągnąłem, zaraz coś wymyślę i dostanę trzecią”), wytrwałość. Kilkoro z moich rozmówców cieszy się swoim wyczuciem smaku, polotem, szczerością.

Co drugi mówi o optymizmie.

Dla Oli Chwastek, aranżującej wnętrza w Bydgoszczy, praca jest po prostu frajdą. – Robię to, co lubię. I dlatego bardzo chce mi się pracować.

Szczepan: Rynek się o nas prosił

Szczepan Przybyło w wieku 20 lat został dyrektorem. Dwa lata później – prezesem. Dziś ma 25 lat i swoją firmę – They.pl.

– Wszystkiego nauczyłem się sam. Miałem

19 lat, gdy zainteresowałem się pozycjonowaniem stron WWW, czyli ich reklamą w internecie. Temat był wtedy mało znany. Szukałem w sieci anglojęzycznych lektur, testowałem, jak to działa. Jako 19-latek dostałem etat w Media Vision, najstarszej reklamowej agencji internetowej. Miałem świetne wyniki. Po roku szef mnie docenił i uczynił dyrektorem. Studiowałem wtedy informatykę na Politechnice Warszawskiej. Musiałem wybierać: studia czy praca. Nie wahałem się. Przerwałem naukę na trzecim roku. Po dwóch kolejnych latach szef znów mnie docenił. Z mojego działu zrobił odrębną spółkę. I zostałem prezesem. Potem znalazłem ludzi, z którymi postanowiłem założyć firmę.

They.pl zajmuje się przeprowadzaniem kampanii reklamowych w linkach sponsorowanych, pozycjonowaniem stron. Firma jest właścicielem internetowej perfumerii Kokai.pl.

Szczepan zatrudnia 20 osób. Większość jest w jego wieku. – Nie patrzę na dyplomy, część moich pracowników to jeszcze studenci. Gdy zatrudniam informatyka, sprawdzam jego umiejętności, gdy handlowca – chcę doświadczenia w zdobywaniu klientów.

Średnio płaci swoim ludziom ok. 3,5 tys. brutto.

Satysfakcjonują go pieniądze, które sam zarabia („10 tys. miesięcznie jest OK, a ja już dostaję więcej”).

– Rynek na mnie czekał. Nie szukałem miejsca dla siebie, po prostu mnie zassało. Nie mnie jednego zresztą. Marcin z mojego roku na politechnice założył Pomocni.pl, Mariusz – GoldenLine. Wielu moich kolegów przerwało studia. Rynek się o nas prosił, a my baliśmy się, że szansa ucieknie. Rodzice tego nie rozumieli. Dla nich dyplom to przepustka do sukcesu. Ja wiem, jak niewiele ten papier znaczy. Liczą się umiejętności.

Ale Szczepan na studia zamierza wrócić.

Dlaczego?

– Niektóre rzeczy w życiu wypada mieć.

Przemek: Za ladą nauczyłem się liczyć

– Pracowałem już jako kilkulatek. Tata na początku lat 90. sprzedawał elementy chłodnicze z Niemiec. Regenerował je i wypuszczał na rynek. Pracowałem razem z nim, fizycznie. Mama prowadziła sklep z zabawkami i AGD. W domu. Mnie stawiała za ladą. Dzięki temu nauczyłem się liczyć, mając kilka lat – opowiada Przemek Galor, 27-latek ze Szczecina. Firmę założył dwa lata temu. Zainwestował 2 tys. zł odłożone z kredytu studenckiego. Sprzedaje odbojnice i prowadzi doradztwo w zakresie gospodarki odpadami (Egos.pl).

Skończył socjologię i prawo. Prawo nauczyło go ostrożnie czytać umowy, socjologia – odpowiedzialności za innych ludzi.- Wierzę, że jak jednemu będzie lepiej, wszystkim się życie poprawi.

W biznesie wzoruje się na… sportowcach.

– Uprawiałem wioślarstwo, wiem, że ciężką, mozolną pracą dochodzi się do sukcesu. Na początku zarabiałem po 800 zł. Teraz satysfakcjonują mnie takie pieniądze, z których co miesiąc mogę odłożyć. 500 zł, 1000, w końcu 5 tys. Może gdybym kombinował, miałbym większe oszczędności. Ale wolę czyste sumienie. Jestem skrajnym legalistą, płacę podatki, buduję wiarygodność kredytową. Wierzę, że tak trzeba.

Czy oszukują

Tylko pięciu przedsiębiorców, z którymi rozmawiałam, myśli tak jak Przemek. Kolejnych ośmiu też prowadzi biznes zupełnie uczciwie, ale – jak mówią – dlatego, że wzięli dotację i urzędnicy patrzą im na ręce.

Większość zapewnia, że wobec swoich wspólników i klientów zawsze są fair („Młoda firma nie może sobie pozwolić na niezadowolonego klienta”, „Pracowałem chwilę u kolesia, który wszystkim klientom ściemniał. Skończyło się groźbami pozwu do sądu i czarnym bmw pod oknami”).

Tylko dwóch czasem kombinuje:

– Nie łamię prawa, ale je naginam. No, czasem trochę ściemniam. Mówię, że towar już wysłany, choć go na oczy nie widziałem, bo mój podwykonawca nawalił. Ale to tylko naginanie czasoprzestrzeni.

– Oszukuję, ale to niezależne ode mnie. Kiedy współpracownik nawali, nie mogę zwalić winy na niego, bo w końcu moje nazwisko jest na umowie. Wtedy ściemniam, ile wlezie. Nie chcę, ale muszę (śmiech).

Słowa „łapówka” – jak mówią – w słowniku młodych przedsiębiorców nie ma.

Kogo więc oszukują?

Skarbówkę i inne urzędy.

– Jeśli chodzi o podatki, to trzeba trochę rzeczywistość ponaginać. Państwo nas robi w bambuko, to my je też.

– Oszustwa to chleb powszedni w firmie. Zatrudniam bez umowy, korzystam z pirackiego oprogramowania.

– Kłamię codziennie. Wsteczne daty w dokumentach, podpisane kwity ze szkoleń BHP, które się nie odbyły.

– Naginam koszty, mam trzy prywatne samochody, wszystkie są na firmę. Kto tak nie robi?

Piotr: Mam subaru, kupię porsche

– Chcę być bogaty, dlatego nie poszedłem na etat. Pracując dla kogoś, musisz przejść długą, mozolną drogę do sukcesu. Jestem uparty, odważny, ambitny, wiedziałem, że dam sobie radę – mówi Piotr Trzaska.

Ma 29 lat, cztery lata temu wspólnie z kolegą (obaj są z wykształcenia inżynierami rolnictwa) założył firmę Apolonia Koncept Studio w Wojnowie pod Bydgoszczą. Zaproponowali stomatologom nowoczesne, ergonomiczne meble stomatologiczne.

– Na pomysł wpadliśmy przez przypadek. Chciałem kupić dziewczynie bajerancką, przezroczystą obudowę do komputera z pleksi. Okazało się, że jest piekielnie droga. A nabywców znajduje! Pomyśleliśmy, że z meblami o podobnym standardzie będzie tak samo. Nie pomyliliśmy się.

O wsparcie poprosili rodziców. – Na początku mieliśmy tylko pomysł. Nie stać nas było nawet na benzynę. Jedynym naszym kapitałem było kilka maszyn do produkcji mebli, pozostałość po firmie mojego ojca. Mama, która jest dentystką, pomog-ła nam zaprojektować meble. Rodzice wspólnika udostępnili lokal. Byli wykładowcy z bydgoskiego uniwersytetu pomogli opatentować pomysł.

– Zazwyczaj w tradycyjnych gabinetach stomatologicznych stoją zmodyfikowane meble kuchenne. Nasze są bardziej funkcjonalne: specjalne otworki na butelki w asystorach zapobiegną przesuwaniu, na strzykawki są haczyki. Ergonomiczny kształt blatów umożliwia pracę bezpośrednio przy pacjencie. I wyglądają świetnie. Bo w prywatnym gabinecie pacjent lubi widzieć, za co płaci.

Piotr też lubi luksusy. – Nie pieniądze mnie satysfakcjonują, ale to, co mogę za nie kupić. Chciałbym mieć ładny dom z basenem i kilka samochodów. Pierwszy – subaru imprezę – już kupiłem. 400 koni mechanicznych! I już mam kolejny cel: porsche. Na rynku jest mnóstwo luk do zagospodarowania. Już mam pięć nowych pomysłów na zainwestowanie kapitału.

Za kilka lat chcę mieć na koncie milion wolnej gotówki.

Ile chcą zarabiać

5-7 tys. zł – taka miesięczna pensja satysfakcjonuje większość moich rozmówców.

Ośmioro ma mniejsze wymagania. Na razie 3-4 tys. miesięcznie mnie cieszą – mówią.

Trzech twierdzi, że o pieniądzach nie myśli. Jak Radek Ratajczak (WycinkiPrasowe.pl): – Nigdy nie pracowałem dla pieniędzy. Wiem, że mi nie wierzysz.

Jedenastu chce zarabiać dużo więcej niż rówieśnicy przedsiębiorcy.

Darek Stangrecki (wspólnik Klubowa.pl): – Żeby żyło się wygodnie, potrzeba 10 tys. zł miesięcznie.

Jordan Klimek (25-letni przedsiębiorca ze Szczecina) uważa, że wygodę zapewnia 30 tys. zł.

Podobnie myśli Jan Sidoruk z Lublina: – Satysfakcję by mi dało 30-40 tys. Wtedy spokojnie jadłbym śniadanie. Jak widzę, że 600 zł miesięcznie na telefon idzie, 1000 na benzynę, to nie mogę wyjść z podziwu, że ludzie potrafią żyć za 2,5 tys. zł.

Michał Dawidowicz (26-latek z Gdańska):

– 25-30 tys. miesięcznie i byłbym zadowolony. Dużo? To pojęcie względne. Znam ludzi w moim wieku, którzy zarabiają po 40 tys. zł.

Mateusz Frydrychowicz (25 lat): – Nie chcę należeć do stu najbogatszych Polaków. Bo – i wiem to od ludzi, którzy takie pieniądze mają – kasa nie idzie w parze ze szczęściem. Bogatych porywają i chcą okupu. Chcę żyć skromniej, ale spokojnie. Ile na miesiąc? Jakieś 50 tys. byłoby OK.

Łukasz: Na Kanary polecimy

– Nie szukałem etatu, bo jestem szczęśliwym człowiekiem – mówi Łukasz Frydel, 25-letni właściciel internetowej Księgarni Kibica Sendsport w Krakowie. – Trzymam los w swoich rękach. Firma to jedna z najlepszych decyzji w moim życiu.

Łukasz założył wysyłkową księgarnię i wydawnictwo dwa lata temu. Zaopatruje kibiców w niszowe książki o sporcie. Już jako młody biznesmen ukończył dziennikarstwo na UJ.

– Na studiach czułem się jak na etacie. Trzeba spełniać czyjeś oczekiwania. Nie chciałem mieć szefa, który pogania. W swojej firmie się nie obijam. Jak boom przedświąteczny przyszedł, to do piątej rano zapierniczałem. Jak ma się świadomość, że od tego, ile pracujesz, zależy, ile zarobisz, całkiem inaczej się do wysiłku podchodzi.

Na start własnego biznesu Łukasz wydał wszystkie oszczędności. – Trzy lata zbierałem. Dorabiałem, sprzedałem kolekcję odznak sportowych tworzoną od ósmego roku życia. Były sporo warte. Uzbierałem kilkadziesiąt tysięcy. Na początku to była czysta partyzantka. Jeden regał, dziesięć książek. Koleżanka się ze mnie śmiała: na tym chcesz zarobić? Marzę, by odwiedziła mnie znów. I spojrzała na moje 15 regałów z książkami. Szczęka by jej opadła!

Rodziców Łukasz też zaskoczył. – Oni w internecie by nic nie sprzedali – mówi. – Tata jest lekarzem weterynarii, mama była wychowawcą w internacie. Teraz mają w domu mały sklep spożywczy. Dla nich zarabianie wiąże się ze staniem za ladą. Skąd pomysł na firmę? Jestem kibicem, lubię piłkę. Wiedziałem, że jest nisza. Że książki o sporcie trzeba sprowadzać z zagranicy, niewiele się u nas wydaje. Nie starałem się o dotacje, bo nie lubię, jak mi potem ktoś na ręce patrzy. Zresztą dotacje dają prawie każdemu, ludzie się pieniędzmi zachłystują, a potem ich firmy padają. Tego już nikt nie bada – ile z tych dotowanych przetrwało dwa lata. A na Kanary polecimy. I to wcale nie na emeryturze. Ja się wybieram pierwszy raz w 2014! Myślę też o studiach z edytorstwa. Muszę dowiedzieć się, jak zrobić, by wydać książkę, a potem zobaczyć ją dobrze wyeksponowaną w Empiku. Na razie myślami jestem przy Euro 2012. Do tego czasu muszę się wypromować, by wszyscy kibice wiedzieli, gdzie szukać informacji.

Kto im pomaga

Rodziców o pomoc nie proszą. Tylko dwóch przyznało się, że rodzice wyłożyli gotówkę, by mogli otworzyć firmy. Większość chce od mamy i taty jednego: by było się do kogo odezwać po pracy („bo jak się tyle haruje, to trudno sobie życie osobiste ułożyć”). I żeby poręczali kredyty, gdy trzeba.

Na pomoc od państwa już nie liczą. Żądają tylko, by im nie przeszkadzało. Ale większość młodych przedsiębiorców wie, że mają pod ręką hojnego wujka – Unię Europejską. 11 z moich rozmówców skorzystało już z dotacji. A prawie wszyscy liczą, że jeszcze im się uda euro na rozwój firmy zdobyć. – Trzeba z niej wycisnąć, ile się da – mówią.

Źle o Unii mówi tylko dwóch młodych biznesmenów („Daje pieniądze ludziom, którzy nie powinni z biznesem mieć nic wspólnego. Wydają nie swoje pieniądze, więc robią rzeczy nierozsądne”).

Pomagają sobie w jeszcze jeden sposób. Wielu na początku zakłada firmy – nie na rynku, ale w Akademickich Inkubatorach Przedsiębiorczości. 17 moich rozmówców było lub jest jeszcze w inkubatorze. Tak jest bezpieczniej. I taniej: nie muszą szukać biura, bo inkubator daje im pomieszczenia, pomaga prowadzić księgowość. Oni w zamian płacą kilkaset złotych miesięcznie. Inkubatory w całym kraju są okupowane. Przez bydgoski przewinęło się już ok. 150 firm, w poznańskim właśnie działają 92, w krakowskim – 113 (a jeszcze rok temu było ok. 60). W Gdańsku studenci prowadzą ok. 100 inkubatorowych firm.

Ewa: Chciałam wypieków na twarzy

– Wracał do domu i cały płonął. Spać nie mógł, bo miał kolejny pomysł na biznes albo wymyślił, jak rozwinąć aktualny. Czuł się taki wspaniały. A ja chodziłam do pracy i wiedziałam, że dziś czeka mnie dokładnie to samo co wczoraj. W końcu pomyślałam: dość, też tak mogę. Też chcę wracać z pracy z wypiekami na twarzy

– 27-letnia Ewa Gregorczyk opowiada o swoim o rok młodszym mężu Waldku.

Waldek już dwa lata temu założył w Bydgoszczy firmę – Nigdy Więcej Graffiti. Studiował wtedy fizykę i wymyślił razem z kuzynem biznes polegający na oczyszczaniu elewacji z graffiti. To była jedna z pierwszych firm w woj. kujawsko-pomorskim likwidująca bohomazy. Okazała się strzałem w dziesiątkę. Dostawali zlecenia z całego kraju. Przyszedł kryzys i liczba zleceń spadła. Waldek nie zmartwił się – miesiąc temu otworzyli z kuzynem następną firmę

– Cleaning Group. Myje okna na wysokościach. Ewa jest anglistką. Od pięciu lat uczy w publicznym gimnazjum. Z roku na rok z coraz mniejszą satysfakcją („Trudno w 25-osobowej klasie poprowadzić ciekawą lekcję, zasypują mnie papierkową robotą, po pięciu latach zarabiam tylko 1,5 tys. zł i nie zanosi się na szybką podwyżkę” – pisze w ankiecie).

Poszła w ślady męża. W lipcu razem z koleżanką otworzyła szkołę języka angielskiego

Hello w Bydgoszczy. – Jak tylko zaczęłam działać, wszystkie rozterki, kompleksy poszły w niepamięć. Jestem tak zapracowana, że o nich po prostu nie mam kiedy pomyśleć.

Ewa na start zdobyła 30 tys. dotacji z UE. – Kupiłam sprzęt, tablicę interaktywną, komputer – mówi. – Spełniam się. Uczę nowocześnie, w malutkich grupach. Nie mam nikogo nad sobą, nie tworzę sztucznej biurokracji. W głowie roi mi się od pomysłów. Od stycznia ruszam z kursami dla seniorów, przy kawce, herbatce. Zajęcia w Hello wystartowały w październiku. Szkoła już ma 40 uczniów.

Ewa: – Wiem, że za chwilę będę zarabiać dużo więcej niż w szkole. I w końcu wiem, co czuł Waldek. Skąd te wypieki się biorą.

Co ich łączy

Większość młodych przedsiębiorców nie czuje, że coś ich wyróżnia spośród rówieśników. Bo teraz każdy myśli o założeniu firmy.

– Coś nas łączy. Kombinujemy – jak zarobić, w co zainwestować. W sumie moim zdaniem jesteśmy nadzieją dla kraju – mówi Mateusz Browiński.

Maja Studzińska: – Zawsze miałam poczucie, że chcę od życia czegoś więcej, niż tylko dawać sobie radę.

Łukasz Dragosz: – Jestem bardziej bezczelny niż inni. Lekkim szaleńcem bywam.

Artur Prochowski czuje, że odstaje od pokolenia, bo nie bierze narkotyków.

Magda: Dam wam szwajcarskie siodła

23-letnia Magda Krajnik założyła internetowy sklep jeździecki Horseway.pl. Ma dwa cele: chce wypromować w Polsce nieznaną dotąd szwajcarską markę siodeł (bo najlepsze są i niedrogie) i zostać autorytetem w zakresie doboru sprzętu jeździeckiego i pielęgnacji koni. Kończy studia z psychologii społecznej. Magisterkę też pisze o siodłach. – Jestem na specjalizacji psychologia rynku, zachowań konsumenckich. Piszę o pozycjonowaniu siodeł na rynku. Dociekam, czego chcą użytkownicy, jak postrzegają marki siodeł itp. Odkąd skończyłam cztery latka, fascynują mnie konie. Firma jest realizacją moich marzeń. Dwa lata temu pojechałam do Szwajcarii jako instruktor jazdy konnej. Jeździłam na bardzo fajnych szwajcarskich siodłach. W Polsce takich nie ma. Zastanawiałam się: dlaczego? Skontaktowałam się z producentem. I dali mi szansę: spróbuj, wprowadź je na polski rynek. Zaufali mi mimo mojego młodego wieku. Miałam farta.

Rodzice mają firmę – produkują części do harleya, ale nie wzorowałam się na nich. Obserwowanie, jak borykają się z kłopotami, urzędami, państwem polskim – mogło raczej zniechęcić.

Magda działa w Elblągu, pochodzi spod Warszawy. Za 30 lat chce mieć swoją stadninę w górach.

Gdzie jest meta

Wszyscy, z którymi rozmawiałam, chcą być liderami w swojej branży.

O szefowaniu międzynarodowej korporacji nikt nie wspomina. Większość liczy, że ich marka będzie rozpoznawalna w regionie, zaledwie kilku chce zdetronizować liderów ogólnopolskich.

Na koniec spytałam młodych przedsiębiorców: gdzie was szukać za 30 lat?

Niewielu będzie jeszcze zakasywać rękawy. Tylko co dziesiąty z moich rozmówców zakłada, że w 2039 roku jeszcze pracuje. Większość za

30 lat będzie odpoczywać.

Michał Dawidowicz, który dziś czyści okna na wysokościach, w 2039 chce być emerytem z 20-letnim stażem, podróżującym po świecie z żoną i dziećmi.

Bartosz Różycki (od roku ma agencję reklamową w Szczecinie) przejdzie na emeryturę w wieku 55 lat. Otworzy knajpę w górach.

Mateusz Browiński, dziś reklamujący w sieci imprezy w pubach, widzi siebie jako siwobrodego pana, w garniturku, właściciela kilku firm i inwestującego w nieruchomości. – Zgarniam kupę kasy, ale się nie przemęczam, zarządzam z dala – mówi.

Asia Stankiewicz, która w poznańskim Babi-lądzie pomaga kobietom rozwijać swoje pasje, otworzy filię firmy w ciepłych krajach. Przez sześć miesięcy w roku będzie wygrzewać się gdzieś w Egipcie.

Jan Sidoruk z Lublina też będzie leżał. Na jakiejś wyspie, na hamaku. Z laptopem, by od czasu do czasu sprawdzić, co tam w firmie.

Jeden z moich rozmówców, dziś 25-latek, będzie zbierał grzyby w lesie. – Bo uwielbiam zbierać grzyby. W zeszłym roku ze 100 kg uzbierałem! Będę robił przetwory i sprzedawał do Niemiec, jak taka starsza pani, którą niedawno poznałem. Piękny, bezstresowy interes. Nie to co teraz: o firmie muszę myśleć 24 godziny na dobę, ciągłe telefony od klientów, setki spraw codziennie do załatwienia. Z grzybami będzie mi w życiu lepiej – rozmarza się.

Ale szybko wraca na ziemię. Błaga, bym nie podawała jego nazwiska. – Klienci będą się ze mnie śmiali! Na narwanego gówniarza wyjdę.

źródło: Duży format / Aleksandra Lewińska

Udział wzięli:

Jakub Jakubowski – założył firmę, bo chciał dowiedzieć się, ile jest wart. Ma 27 lat. Jest szefem firmy Comraid w Poznaniu. Świadczy kompleksowe usługi dla firm w zakresie serwisu komputerowego, tworzy i wdraża oprogramowania.

Łukasz Frydel – 25-letni właściciel internetowej Księgarni Kibica Sendsport w Krakowie. Chciałby, żeby znów odwiedziła go koleżanka, która drwiła z niego, gdy zakładał firmę. Teraz by jej szczęka opadła. Już ma 3 tys. klientów.

Albert Ksel – ma 25 lat. Założył firmę Axel Media w Kielcach. Pomysł przywiózł z Wielkiej Brytanii. – Tam e-biznes kwitnie – mówi. Stworzył portale, m.in. GdzieWesela.pl, NaszaUroda.pl, czy Study4u.eu.

Marcin Lech – ma 23 lata i firmę Rosso.pl w Kielcach (tworzy i prowadzi strony internetowe, reklamy w sieci, pozycjonuje strony, robi też nadruki na odzież). Jeszcze studiuje ekonomię.

Mateusz Browiński – 26-latek. Firmę Klubowa.pl założył rok temu (promuje w sieci imprezy w klubach, sam je organizuje, zarabia na reklamach). Wcześniej, podczas studiów z telekomunikacji, rozkręcał ją w inkubatorze przedsiębiorczości. Mieszka w Bydgoszczy.

Marcin Popielarz – pochodzi z Głogowa, mieszka i pracuje w Warszawie. Ma 24 lata. Szef grupy Pomocni.pl, w ramach której działa popularna agencja opiekunek do dzieci Niania.pl.

Radosław Ratajczak – szefuje Akademickiemu Inkubatorowi Przedsiębiorczości w Bydgoszczy, tworzył go od podstaw. Już ponad 150 osobom pomógł założyć własny biznes. Trzy lata temu założył pierwszą w mieście firmę zajmującą się monitoringiem mediów – WycinkiPrasowe.pl. Ma 26 lat.

Łukasz Chowaniec – prowadzi Studio Kreatywne „Creare” w Szczecinie (agencja reklamowa). Ma 24 lata. Studiował zarządzenie i marketing. Zakładając biznes, wzorował się na rodzicach – właścicielach supermarketu.

Mariusz Rutkowski – w wieku 24 lat założył Kujawsko-Pomorską Agencja Finansową „Speed”. Wcześ-niej przez pół roku był przedstawicielem handlowym. Zarabiał 1,2 tys. zł i pracował ponad siły. Ma 30 lat.

Maciej Sykała – twórca firmy Robofun w Białymstoku. Prowadzi kursy robotyki i programowania. Ma 27 lat. Ostatnie trzy lata mieszkał w Danii (tam skończył studia z elektroniki). Wrócił, obszedł z CV białostockie firmy. Wszędzie usłyszał to samo: kryzys. Poczuł się upokorzony i latem założył firmę.

Darek Stangrecki – ma 26 lat. Jest wspólnikiem w Klubowa.pl, ma firmę Messmedia, która organizuje imprezy klubowe w całym kraju.

Asia Radomska – po urodzeniu Kubusia nie wróciła do pracy na etat wychowawcy w zakładzie poprawczym dla dziewcząt. W październiku otworzyła lumpeks Ciuchosfera w Chojnicach. Ma 29 lat.

Bartosz Różycki – 25-latek. Szef Agencji Reklamowej Impression w Szczecinie. Kończy studia prawnicze.

Maksymilian Kuśmierek – firmę Promolab w Szczecinie założył przed maturą. Ma 21 lat, na swojej wizytówce napisał: „Działam kompleksowo, bez kompleksów”. Hasło reklamowe jego firmy: „Dostawcy szczęścia”.

Jordan Klimek – ma 25 lat. Jego firma Uni Stat zajmuje się badaniami socjologicznymi. Nie chciał pracować na etacie, żeby w jakimś OBOS-ie sprawdzać, jaki kolor najbardziej pasuje do opakowania od jogurtu. Mieszka w Szczecinie.

Asia Stankiewicz – ma 27 lat. Stworzyła Babiląd w Poznaniu. Firmę założyła przez przypadek. Poszła na szkolenie, żeby się czegoś o biznesie dowiedzieć. I ktoś przekonał ją, że ma dobry pomysł. Organizuje kursy dla kobiet: z szycia, języków, tańca.

Wojciech Wirwicki – ma 23 lata. Prowadzi portal

wSzczecinie.pl. Namówił go kolega, który robi nocne maratony filmowe i nie miał gdzie się reklamować.

Łukasz Dragosz – współtwórca firmy Face2Face. Razem z kolegą prowadzi pole paintballowe w Myślenicach pod Krakowem. Ma 23 lata.

Michał Książek – krakowską firmę Vismedia otworzył rok temu. Ma 25 lat. Czuje, że wiek jest jego atutem. Bo młodzi mają naturalną przewagę nad starymi: szybciej uczą się nowinek technicznych.

Jan Sidoruk – lubelską firmę EasyLife założył ze starszą o trzy lata siostrą Marią. Ma 23 lata.

Marcin Majzner – stworzył Majzner.bnl – czyli business no limit. Robi nadruki na koszulkach. Ma 27 lat. Zaczynał w akademiku. Wycinał szablony i pędzelkiem malował znajomym koszulki. Za godzinną pracę kasował po 5 zł. Mieszka w Kołobrzegu.

Piotr Wójcicki – współzałożyciel firmy Listonic. Ma 26 lat. Stworzył listę zakupową, która ma ułatwić Polakom robienie zakupów z głową. Chce, żeby ludziom żyło się lepiej.

Kamil Janiszewski – 26 lat, współtwórca firmy Listonic w Warszawie. Własny biznes to dla niego przygoda. Na etacie by się nudził. Zawsze lubił gry strategiczne. W firmę gra mu się świetnie.

Łukasz Martyniak – ma 27 lat. Założył firmę Eldimar w Szczecinie, która organizuje wieczory młodych przedsiębiorców. Bo młodzi muszą trzymać się razem. Przychodzi na nie po kilkadziesiąt osób. Chce założyć portal społecznościowy i doradczy dla początkujących biznesmenów.

Michał Dawidowicz – twórca firmy Aplin-tech w Gdańsku. Świadczy usługi na wysokościach i w trudno dostępnych miejscach z wykorzystaniem technik alpinistycznych. Ma 26 lat. Ciągle jest w inkubatorze przedsiębiorczości. Dobrze mu tam. Bezpiecznie.

Artur Prochowski – kończy geografię. Wie, że to fajny kierunek, ale pracy po nim nie ma. Dlatego założył Słonko – handluje markizami, pergolami, baldachimami, zadaszeniami. Reklamuje się hasłem: „Twój cień w słoneczny dzień”. Ma 23 lata.

Aleksandra Chwastek – ma 29 lat. Z wykształcenia kulturoznawca, skończyła też studium aranżacji wnętrz. Założyła Wzorcownię w Bydgoszczy. Urządza mieszkania, biura, biblioteki.

Bartłomiej Farjaszewski – 26-latek, założył BF Promotion. Miał praktyki studenckie w Hongkongu. Pracował w dziale marketingu hotelu Marriott. Nawiązał kontakty. Dziś ma biuro w Poznaniu i w Chinach. Produkuje artykuły reklamowe: porcelanowe, plastikowe, metalowe.

Mateusz Frydrychowicz – w maju otworzył PDMG w Poznaniu. Interes się kręci. – Bywa, że mamy

170 tys. przychodu. To chyba nieźle? – pyta 25-latek.

Tomek Chmielewski – ma 27 lat, razem z kolegą założył firmę Pixnet. Stworzyli popularny serwis Photoblog.pl. Po pieniądze na pierwszy serwer pojechał do Anglii. Pracował w fabryce. Gdy wrócił, zainwestował pierwsze 7 tys.

Waldemar Gregorczyk – 26 lat. Stworzył firmy: Nigdy Więcej Graffiti i Cleaning Group w Bydgoszczy. Już myśli nad trzecim biznesem.

Karolina Bąk – Panna Lu, fotografka. Założyła własne studio w Szczecinie. Nie potrafi rozmawiać o pieniądzach. Ciężko pracuje, bo chce zarobić na zagraniczne podróże dla mamy. Bo świata nie zdążyła jeszcze zobaczyć. Ma 24 lata.

Maciej Galon – razem z kolegą Adrianem założył

Ultra Propagandę w Płocku. Zajmują się znakowaniem odzieży, breloczków, gadżetów firmowych. Prostolinijny. Imponują mu biznesmeni z ogromnym sercem. Ma 24 lata.

Monika Błaszkowska – ma 29 lat, firmę Moka

Desing w Trójmieście i małe dziecko. Nie lubi pracować w zespole. Lubi zdobić porcelanę.

Przemysław Galor – 27-latek. Prowadzi portal proekologiczny i sprzedaje odbojnice. Cieszy się, że zmodernizował terminal w Świnoujściu. Swojego kota znalazł na śmietniku.

Magda Krajnik – marzy, żeby założyć własną stadninę. I być autorytetem w kraju w kwestii siodeł. Założyła internetowy sklep jeździecki. Ma 23 lata.

Piotr Trzaska – spełnia marzenia stomatologów. Jego firma Apolonia Koncept Studio produkuje ekskluzywne meble do gabinetów dentystycznych. Spełnia też swoje marzenia: już jeździ subaru imprezą, wkrótce chce mieć porsche. Ma 29 lat. Jest miejskim radnym w Bydgoszczy.

Szczepan Przybyło – był już dyrektorem, prezesem, teraz ma swoją firmę – They.pl. Pozycjonuje strony internetowe. Ma 24 lata.

Ewa Gregorczyk – anglistka, w lipcu założyła szkołę językową Hello w Bydgoszczy. Zainspirował ją o rok młodszy mąż, właściciel dwóch przedsiębiorstw. Ma 27 lat.

Maja Studzińska – 29-letnia wokalistka nieistniejącego już zespołu soulowego Desire. Dwa lata temu założyła firmę Fly Design. Projektuje wnętrza. Mieszka w Bydgoszczy.