Wyjazd za granicę to jedna z trudniejszych życiowych decyzji

Ten skok na głęboką wodę jest okupiony wieloma wyrzeczeniami – także jeśli chodzi o kontakty z bliskimi. Gdy już wszystko zaczyna się układać – jest stabilna praca, własny kąt i dobre perspektywy – przychodzi cios jakiego by się nie spodziewali…

Emigrant to zdrajca?

Zielony szablon blogu – z łąką w tle – budzi nadzieję. To jedna z głównych cech autorki, posługującej się nickiem Łodyga. Jest słaba i łamliwa, ale w jej duszy cały czas tli się nadzieja. Mieszka w Norwegii od prawie dwóch lat. Zanim się tam przeprowadziła z całą rodziną, do pracy pojechał sam mąż. Były obawy, tęsknota i łzy. Nie był to dla nich łatwy okres – młode małżeństwo z niespełna dwuletnim stażem i małym synkiem… Podjęli jednak decyzję, że chcą żyć inaczej, chcą pracować i dostawać za to należyte wynagrodzenie. Jednak wizja lepszego życia nie była jedynym powodem emigracji. Chcieli wyjechać, gdyż po narodzinach syna ich relacje z teściami zupełnie się zmieniły. Dumni dziadkowie (mimo iż to nie był ich pierwszy wnuk) chcieli go wychowywać po swojemu, jak pisze blogerka – chcieli go sobie przywłaszczyć. Wspólne mieszkanie z teściami stało się niemożliwe. Tym sposobem osiedlili się w Norwegii i zaczęli wszystko budować od nowa.

Udało im się osiągnąć sukces. Choć pracuje tylko mąż, ich sytuacja materialna jest stabilna. Wydawać by się mogło, że tej pełni szczęścia nic już nie zmąci… Problem pojawił się po stronie rodziny, która została w kraju. Nie dość, że nie wykazywali chęci do podtrzymywania kontaktu, to jeszcze mieli pretensje i wielki żal do Łodygi: Niektórzy traktują emigranta jak zdrajcę. Moja kuzynka atakuje mnie przy każdej możliwej okazji, bo przecież zostawiłam tatę, resztę rodziny, bo nie ma nas na rodzinnych spotkaniach…

Emigracja pokazała Łodydze, kto tak naprawdę jest jej bliski i na kim może polegać – trzeba było wyjechać bardzo daleko, żeby się o tym przekonać – dodaje. Obowiązek utrzymywania kontaktu, pamiętania o ważnych datach czy życzeniach – spoczywa wyłącznie na jej barkach. Ona ma o wszystkim pamiętać, a rodzinie się to po prostu należy. Wysyłamy kartki urodzinowe, imieninowe. Kupujemy prezenty dla siostrzeńców, bratanków i rodziców. Drobiazgi, ale zawsze pamiętamy. A tutaj nikt nas nie chce odwiedzić, nie dostałam żadnej kartki na imieniny.

Zainteresowanie ani pomoc nie nadchodzą także w bardziej kryzysowych momentach. Jeśli wydarzy się naprawdę coś złego – nie można liczyć na pomoc bliskich. To my nieustannie służyliśmy pomocą wszystkim, tymczasem gdy sami znaleźliśmy się w wielkiej potrzebie – pomocy nie było żadnej. Nawet telefonu. Okazało się bowiem, że przejechanie granicy jest dla niektórych barierą nie do przeskoczenia. Nawet gdybyśmy za wszystko zapłacili. Niechęć przed niesieniem pomocy przeradza się nawet we wrogość, kiedy rodzina zgłębi zawartość portfela emigranta i przeliczy go na złotówki…

Razem z Łodygą dotarli do Norwegii jej znajomi. Są młodym małżeństwem – na początku swojej życiowej drogi. Nie mają dzieci. Przyjechali do pracy i chcą w ciągu kilku lat uzbierać pieniądze na mieszkanie i wrócić do kraju. Obydwoje pracują – odkładają każdy grosz. Podczas ostatnich odwiedzin w Polsce ktoś z rodziny dowiedział się, jaki mają stan konta i runęła lawina. Nagle zaczęły się docinki, że „kapitaliści, że bogacze, że teraz to mogą sobie pozwolić na to czy tamto, bo przecież mają pieniądze”.

Jedni decydują się na życie w kraju i kredyt mieszkaniowy, inni wolą wyjechać. Cel jest ten sam – zapewnienie godziwych warunków rodzinie, kupno mieszkania, stabilizacja finansowa. Dlaczego jednak rodakom tak doskwiera dobrobyt emigrantów? – zastanawia się Łodyga. – Dlaczego tak źle się nas postrzega, traktuje jak zdrajców, wytyka błędy?

Pod blogową notką Łodygi pojawiło się wiele komentarzy emigrantów, którzy potwierdzali pewien schemat, jaki panuje w ich relacjach z rodziną. Nieważne, ile pieniędzy, kartek, prezentów poślesz. Zazdrość nie zniknie, wręcz się nasili, bo skoro możecie to wszystko posyłać, to was stać, więc jest czego zazdrościć. Jedyne wyjście, to odciąć pępowinę i stworzyć od podstaw własny świat, poszukać znajomych – pisze w komentarzu dvt.

Żyj tam, gdzie się urodziłaś – dodaje nieobeznana, której kontakty ze znajomymi w Polsce umarły śmiercią naturalną. Sporadyczne maile, jakie dostaje od znajomych wywołują tylko cierpki uśmiech.

Prawdziwy weteran emigracji Komtur, który do tej pory pracował aż w sześciu krajach, wyznaje: Długo żyłem złudzeniami, jaką mam fajną rodzinkę i znajomych, jakie kontakty utrzymuję, przyjeżdżając na trzy dni do Polski. Tłukłem się nocnymi pociągami, aby ich odwiedzić, bo przecież ktoś czeka. Pomagałem jak mogłem, bo to na dom ktoś potrzebował, to na auto, a to córka szła do komunii… znacie to. Gdy zmienił mi się system pracy i nie mogłem tak często dzwonić, a potem jeszcze zachorowałem – zostałem sam.

Prof. Krystyna Iglickia-Okólska, socjolog z Instytutu Spraw Publicznych specjalizująca się w migracji, przyznaje, że emigranci podejmują decyzję o wyjeździe świadomie, ale nie jest ona łatwa. Ich nowe życie – w obcym kraju – to dla nich wielka próba i wyzwanie. Ciężko pracują, nierzadko poniżej swoich kwalifikacji, co może rodzić frustracje. Jednocześnie z mediów docierają na ich temat wybiórcze informacje – pokazujące ich często w niekorzystnym świetle.

Angielscy krezusi

Zośka mieszka w Anglii z mężem i synami od ponad roku. Nie na chwilę, ani na jakiś czas, żeby się dorobić i wrócić, ale na zawsze. Tutaj żyje, robi zakupy, płaci rachunki. Część jej znajomych i przyjaciół jest, jak sama przyznaje, nieoceniona. Jednak jest też grupa ludzi, którzy mają zupełnie inne wyobrażenie o jej własnym życiu: Ich pytania czasami wprawiają mnie w totalne osłupienie. Celem zaspokojenia ciekawości jest wszystko: gdzie mieszkacie, jak mieszkacie, gdzie pracujecie, ile pracujecie, co robicie, czy mąż ma nadgodziny, co kupiliście, macie samochód, lodówkę, pralkę, plazmę? No i to nadrzędne i najważniejsze – ile zarabiacie?! Tu następuję szybkie przeliczenie walut i wychodzi na to, że my krezusy całą gębą. Nikt nie patrzy na to, że ja nie żyję w Polsce i nie sprzedaję funtów w kantorze, tylko tutaj nimi gospodaruję – dodaje rozgoryczona Zośka. Ich status materialny wywołuje wiele emocji, ale na tym nie koniec dziwacznych zachowań rodziny. Zupełnie rozbrajające są ciągłe zapytania ciotek czy wujków w stylu – czy mógłbym do was przysłać Grześka, Romka, Krzyśka, Zdziśka i to najlepiej z kolegą, na całe wakacje. No, bo oni ewentualnie by języka podłapali, coś dorobili. A ja jakbym u was mieszkał, to rozejrzałbym się może za jakąś konkretną pracą? Sami nie są już tacy chętni do goszczenia blogerki u siebie, szukania jej pracy i zajmowania się nią. Koronnym argumentem na takie prośby jest stwierdzenie: No tak, ale Wy żyjecie w Anglii!

Zdaniem prof. Iglickiej-Okólskiej, gdyby przepływ informacji między emigrantami a ich rodziną w kraju był pełniejszy – sytuacja mogłaby wyglądać inaczej. Kontakt z dalszą rodziną czy znajomymi ogranicza się do wymiany uprzejmości. Rodzina nie zna ich codziennych problemów z jakimi się borykają – kłopotów z językiem, obaw przed kontaktami z rdzennymi mieszkańcami, pierwszą wizytą u lekarza, rozmową z szefem. – Kiedy zjawiają się w kraju, wyglądają na bogatych i zadowolonych – ubrani w markową odzież, przywożą prezenty, mają pieniądze. Rodzina widzi ich w sytuacji innej niż na co dzień i na tym połowicznym obrazie buduje swój pogląd o ich beztroskim i szczęśliwym życiu – przyznaje prof. Iglicka-Okólska.

Zielona wyspa jest dla rodaków w kraju symbolem mitycznego dobrobytu, a każdy jej mieszkaniec, chcąc nie chcąc, musi opływać w dostatki. Jednak w momencie, gdy nadarza się okazja, aby sprawdzić czy funty faktycznie rosną na drzewach – chętnych brak. Ditavontesse próbowała wyciągać pomocną dłoń, oferowała swoje mieszkanie na początek, ale rodzina się bała. Chciałam polecić byłemu pracodawcy kogoś z rodziny, odebrać z lotniska, zaznajomić z realiami. Oferowałam miejsce w pokoju. W odpowiedzi słyszałam: „yyy, nie mam paszportu, yyy, ja tak sam nie przyjadę”. Pewnym ludziom jest po prostu wygodniej wegetować i pogardliwie podsumować mnie, że pracuję w fast-foodzie, niż walczyć o lepsze życie.

Daj 6 złotych… Z Anglii przyjechałeś i mi nie dasz?

Autorka blogu podpisująca się nickiem Alexis mieszka z mężem i córeczką w Anglii od trzech lat. Jej rodzice przyjechali tam rok wcześniej. Może liczyć zarówno na ich wsparcie, jak i na pomoc rodzeństwa, które też tam układa sobie życie. Przyznaje jednak, że jej relacje z dalszą rodziną czy znajomymi z Polski – nie są już takie różowe: Denerwuje mnie myślenie niektórych członków mojej rodziny, że w Anglii pieniądze leżą na ulicy. Oni uważają, że skoro tu mieszkamy, to śpimy na pieniądzach.

W najróżniejszych sytuacjach, tak mimochodem, pod postacią żartu czy komentarza pojawiają się uwagi odnośnie ich sytuacji finansowej. Byliśmy niedawno na urlopie w Polsce. Na jednej z imprez, na którą się wybraliśmy, do mojego męża podszedł kolega i mówi: daj 6 zł, no co? Z Anglii przyjechałeś i mi nie dasz? Podobnie zachowują się członkowie dalszej rodziny. Rodzice Alexis dostali zaproszenie na ślub do Polski. Nie planowali już w tym roku wizyty w ojczyźnie – chcieli pojechać na urlop. Przyszły pan młody liczy jednak na porządny prezent od ciotki zza granicy – przecież stać ją na to, w końcu mieszka w Anglii. To nic, że do tej pory ich kontakty nie były zbyt zażyłe – wręcz znikome. Jeśli nie pojawią się na uroczystości, wyjdzie na to, że żałują pieniędzy, których na pewno im nie brakuje. O tym rodzina jest przekonana.

Wśród znajomych panuje przekonanie, podtrzymywane przez niektórych emigrantów, że pieniądze przychodzą łatwo, praktycznie bez wysiłku. Wystarczy mieć stałą pracę, nie trzeba się przemęczać, bo państwo gwarantuje benefity. Są Polacy, za których mi wstyd. Pracują dwa dni w tygodniu, żeby tylko mieć w papierach, że pracują legalnie i mogą otrzymywać zasiłki. Jednak, jeśli chce się coś w życiu osiągnąć, to nie można być cały czas na zasiłkach i cieszyć się, że ma się kasę – przyznaje Alexis.

Po trzech latach życia na obczyźnie blogerka ma już konkretny pomysł na życie. Chcą z mężem kupić dom pod Londynem. Na razie zbierają pieniądze. Za dwa lata powinni się już przeprowadzić. Tęsknota za prawdziwymi przyjaciółmi, którzy nie zaglądają im chciwie do kieszeni, nie mija, ale powrót do kraju nie wchodzi w grę.