Wiele osób w Polsce określa emigrantów jako polityczny balast, odmawiając im niekiedy nawet praw wyborczych

Rozmowa z Jarosławem Urbańskim, inicjatorem Kampanii na rzecz Pracowników Sezonowych i Emigrantów.

Jarosław Urbański, socjolog, badacz konfliktów społecznych i narodowych, działacz związku zawodowego „Inicjatywa Pracownicza” opowiada o tym, czym jest rzeczywista odległość od Polski, gdzie jest miejsce emigrantów w strukturze współczesnej Europy i w organizmie własnego kraju, o niemocy Polaka i jego problemach ze znalezieniem sobie miejsca we współczesnym świecie.

Banalna sprawa, ale trzeba postawić ją jasno: nie ma nas w Polsce, bo jesteśmy na Wyspach. Na ile taka zero-jedynkowa rzeczywistość przygniata nasze naturalne potrzeby i co hamuje właściwy rozwój?

Hamulcem z pewnością jest tu poczucie tymczasowości i braku stabilizacji. Owszem – poczucie to może być jakimś ważnym doświadczeniem życiowym, ale w perspektywie długofalowej większość ludzi nie akceptuje takiego stanu rzeczy. To naturalne. Rodzina, grupa znajomych i przyjaciół zostawiona w Polsce stanowi ważny punkt odniesienia i bez tego środowiska przypominamy trochę zakorkowaną butelkę w morzu. Do tego dochodzą jeszcze bariery językowe. Jeżeli nawet mówimy względnie biegle po angielsku, to spora część Polaków na Zachodzie ma z tym problemy. Nie jesteśmy zazwyczaj w stanie nawiązać głębokiego dialogu z obcokrajowcami z uwagi na wszelkiego typu konteksty kulturowe, skróty myślowe, slangowe sformułowania i tak dalej. Wiele osób przebywających na Zachodzie mówiło mi, że po prostu ich dyskusje z Irlandczykami czy Anglikami są „płytsze”, bardziej powierzchowne. Wreszcie większość Polaków, którzy przybyli na Zachód, aby podjąć pracę zorientowali się, że są pracownikami – trudno, trzeba to powiedzieć – drugiej kategorii. Badania socjologiczne potwierdzają (opublikowano je m.in. w „Labour Research”), że cudzoziemcy nawet z brytyjskimi paszportami muszą się zadowolić gorszymi warunkami pracy i płacy. Czyli na rynku pracy czujemy, że nasze prawa nie są takie same. To niby oczywiste, ale ta świadomość jednak boli.

Jest jeszcze świat polityki i nasze głosy dla wielu partii są jednak głosami „pierwszej świeżości”. Czy jednak możemy się czuć pełnoprawnymi wyborcami, skoro wielu ludzi w Polsce odsądza nas od tych praw, często nawet nazywając „zdrajcami”? Czy nasz głos jest reprezentatywny i dla kogo? Kim my w ogóle jesteśmy?

Obecny system demokratyczny powstał w oparciu o pewne zasadnicze założenia. Jego punktem oparcia jest państwo narodowe. Pracownik-emigrant jakoby traci, w sensie formalnym, część swojej ojczyzny. W jakimś stopniu staje się kosmopolitą, nawet jeżeli w swojej świadomości czuje się mocno związany z krajem, jego symbolami. Myślę, że części środowiska emigrantów to odpowiada, podobnie jak owo poczucie tymczasowości. Większości chyba jednak nie.

Jest to szok: między tym, w jakim duchu ich wychowano, a tym, jak żyją na co dzień. Między tym, kim się stają, a tym, kim chciano, aby się stali. Tu zachodzą ważne procesy. Niektórzy socjolodzy nawet twierdzą, że państwa narodowe, a może nawet narody – zanikają, co spowoduje konieczność zbudowania nowych procedur demokratycznych, tak aby nikt nie był pozbawiany w żadnych okolicznościach praw politycznych. To jednak przyszłość, na razie po prostu bierzcie udział w każdych możliwych wyborach!

Czy jesteśmy emigracją i wychodźstwem czy tylko społecznością na wyjeździe?

Zazwyczaj utrzymujemy, że jesteśmy tylko na wyjeździe. Myślę, że fala emigracji z lat 1981-82 też tak myślała, ale ostatecznie wiele osób osiedliło się na Zachodzie. Potrzeba czasu, żeby stwierdzić, ile faktycznie z tych setek tysięcy (niektórzy mówią nawet o milionie czy dwóch) wyjeżdżających do pracy osób z Polski osiedli się faktycznie zagranicą. Fakt ten zresztą spędza polskim politykom sen z oczu, bo z jednej strony dzisiejsza emigracja jest źródłem sporego dochodu wpompowanego w polską gospodarkę i pozwala jednocześnie zmniejszyć koszty pomocy socjalnej, a z drugiej stały odpływ z Polski ludzi w wieku produkcyjnym może spowodować poważne problemy ekonomiczne w przyszłości.

Do 2030 roku gwałtownie w Polsce przybędzie osób w wieku poprodukcyjnym, czyli emerytów. Rodzi się pytanie: kto wówczas będzie pracował na ich utrzymanie, skoro dziś wielu dwudziestolatków wyjeżdża za pracą na Zachód? Jeżeli ostatecznie tam się osiedlą, emigracja będzie przysparzać tylko dochodu obcej gospodarce. Dlatego też rząd zastanawia się nad rozwiązaniem alternatywnym i otwarciem polskiego rynku pracy dla np. Ukraińców i Chińczyków. Europa będzie jak wieża Babel. Ekonomia przeważa nad ideowymi, narodowymi partykularyzmami.

Gdzie szukać pomocy i swojego miejsca podczas zagubienia w nieznanych strukturach? Tworzyć własne? Smutek i nostalgia emigrancka połączona z depresją, podejrzeniami, że rodzina w Polsce cierpi, żona sama, a i bez ojca na pewno dzieci się nie uczą. Do tego polska niemożność rodem z Wyspiańskiego i Gombrowicza…

Jest wiele strategii przetrwania w takich okolicznościach. Niektórzy tworzą wewnętrznie zintegrowane społeczności emigrantów, którzy starają się razem stawiać czoła przeciwnościom. Oczywiście prędzej czy później, z reguły w drugim czy trzecim pokoleniu, te społeczności są już tylko pewnym folklorem, a ich członkowie są dobrze zaadaptowani do lokalnych warunków. Inna strategia to prędka asymilacja połączona ze sprowadzeniem rodziny. Oczywiście są także strategie pośrednie, jak np. tworzenie polskich sekcji przy brytyjskich czy irlandzkich związkach zawodowych. Jeszcze inną strategią jest z pewnością próba utrzymywania ścisłego kontaktu z krajem i rodziną: telefony, internet, częste odwiedziny.

No i oczywiście zostają rozwiązania typu alkohol czy narkotyki, które na chwilę tłumią poczucie wyobcowania, ale na dłuższą metę je pogłębiają. Bo alkohol z tego wszystkiego pozostaje rozwiązaniem – jakby nie patrzeć – najprostszym. Kupujesz pół litra i już. A picie daje także poczucie przynależności do grupy, nawet jeżeli wcześniej łączyły jej członków dość luźne więzy (ten z Poznania, tamten z Łomży). Dodatkowo jest rozwiązaniem utrwalonym w pewnych wzorcach kulturowych. Ale szczerze mówiąc, nie wiem jak z tym jest w sensie statystycznym, to znaczy, w jakim stopniu faktycznie Polacy na dzisiejszej emigracji łapią się tego rozwiązania, próbując zniwelować swoją neurozę. Jeden czy dwa głośne przykłady niczego w sensie ogólnym nam tu nie mówią. Wiem, że łatwo się to mówi, ale: „Nie pić, tylko współdziałać”. Ze swojakami i z gospodarzami. Innej drogi nie macie.

źródło: Goniec Polski, Jacek Rujna