Wielu polskich emigrantów straci duże pieniądze. Ci, którym poczta nie dostarczyła zeznań podatkowych na czas, nie mogą liczyć na umorzenie podatku. Co więcej, skarbówka zyska pełną wiedzę o ich zaległościach. I zmusi do zaległego zapłacenia podatku – informuje „Dziennik”.
Część z wysyłających swoje wnioski do skarbówek Polaków nie wiedziało, że dla przesyłek nadanych za granicą ważny jest dzień ich dotarcia do urzędu, a nie dzień nadania. Tylko listy polecone wysłane z oddziału Poczty Polskiej rozliczane są według daty stempla pocztowego. Jeszcze wygodniej byłoby emigrantom dostarczyć pismo do polskiego konsula – wtedy liczyłaby się data złożenia wniosku.

Informacja ta zasiała popłoch wśród mieszkającej na Wyspach Polonii. – Już żałuję, że zdecydowałem się wysyłać wniosek. Zrobiłem to na ostatnią chwilę i chociaż wysłałem najszybszą z możliwych opcji, jest duża szansa, że po prostu nie zdążyłem. To jakiś żart – żali się Dziennikowi Marcin, 28-latek z Manchesteru.

Urzędnicy z polskich izb skarbowych jednak potwierdzają: rozliczenia trzeba było złożyć do 6 lutego i wiele osób, które wysyłały pisma pocztą zagraniczną, mogło po prostu nie zdążyć. A wnioski z późniejszych terminów nie będą rozliczane – podkreślają urzędy.

Jak podaje „Dziennik”, urzędy wciąż zliczają wnioski emigrantów zarobkowych. Możliwe, że po terminie zostało złożonych ich nawet kilkaset.

Abolicja podatkowa dotyczy sporej grupy osób, które w latach 2004-2007 pracowały w popularnych wśród emigrantów zarobkowych krajach – m.in. Wielkiej Brytanii, Holandii, Austrii, Danii, Belgii czy Islandii. Jeśli ktoś wpisywał się w ten schemat, mógł zgłosić się do polskiego urzędu skarbowego i umorzyć dług z tych lat albo odzyskać zapłacone pieniądze.

Jednak w razie przekroczenia ustalonego terminu złożenia wniosku, rozliczający nie tylko nie może liczyć na zwrot podatku ani likwidację zaległości, ale też otwiera urzędowi drogę do wyciągnięcia wobec dłużnika konsekwencji. Równa się to konieczności zapłacenia podatku za ubiegłe lata, razem z odsetkami – czytamy na łamach „Dziennika”.

źródło:Dziennik