Kwestia hipotetycznych powrotów do Polski przybrała formy istnej histerii

Oto jest pytanie! Podobno stawiają je sobie polscy emigranci. Przynajmniej tak twierdzą media i politycy.

Trzecia RP u swego zarania emigrantów „olała”. Nikt do wracania nad Wisłę nie zachęcał, nie urządzał kampanii pod szumnym tytułem „Powroty”. Kto chciał, to wracał. Wróciło niewielu. A przecież rzesze emigrantów mieszkających za granicą były ogromne. Wiem, 200 tysięcy w Wielkiej Brytanii to gromadka w porównaniu z obecną hordą. Była to jednak inna emigracja. Ideowa. Nie lubię tego słowa, ale w tym przypadku pasuje.

Emigranci czasów wojny już byli w podeszłym wieku, ale nie byli to jeszcze starzy. Nikt nie zainteresował się tym, by wykorzystać ich wiedzę i umiejętności. Żyli wówczas jeszcze ci, którzy swe pierwsze kroki stawiali w normalnym kraju, czyli w Polsce przedwojennej. Wiedzieli, jak funkcjonują urzędy państwowe, np. kancelaria premiera czy prezydenta. Wielu z nich było specjalistami w różnych dziedzinach, cenionymi przez brytyjskich kolegów. Przyzwyczajeni do pracy społecznej – nie oczekiwali wynagrodzenia. Moim zdaniem stracono szanse na skorzystanie z ekspertów. Szkoda.

Jedynie Leszek Balcerowicz, a mówiąc ściślej profesor Stanisław Gomułka z London School of Economics, sprowadził z Londynu grono świetnych młodych ekonomistów, urodzonych po wojnie, wówczas młodych Polaków. W tym gronie znalazł się m.in. obecny minister finansów Jacek Rostowski. Do Polski wysyłały swoich przedstawicieli „Klubu –Ski” (jak mówiono o urodzonych w emigranckich rodzinach Polakach, ze względu na końcówki ich trudnych do wymówienia nazwisk) firmy prywatne. Wielu z nich pozostało w Polsce do dziś.

Wracali też działacze „Solidarności”, którzy nie zapuścili za granicą korzeni i oczekiwali na szansę na sukces w odradzającej się Polsce. Ich kariery różnie się później potoczyły. I wracali wreszcie ci, którzy po przejściu na emeryturę wykalkulowali, że łatwiej będzie się im żyło w Polsce. Decyzję o powrocie podjęli zwłaszcza ci, których na Wyspie nie trzymały więzy rodzinne. I ich losy były bardzo różne, czasem tragiczne. Niektórzy powrócili na Wyspy.

Dlatego nie rozumiem tego, co dzieje się teraz. Skąd ta nagła histeria? Uczestniczą w niej nie tylko polskie media i organizacje, ale także prasa brytyjska. W rezultacie wielomiesięcznego młócenia językami efekty można uznać za nadal skromne. I pewno takie pozostaną. Najlepszym wskaźnikiem jest brak zainteresowania tzw. abolicją podatkową. Tyle było szumu, krzyku o „niesprawiedliwości dziejowej” i presji na rząd, by sejm uchwalił odpowiednią ustawę. I co? Termin składania podań upływa 6 lutego. Jak się szacuje (żadnych konkretnych danych oczywiście nie ma, tak jak i nie wiadomo, ilu Polaków mieszka w Wielkiej Brytanii), wnioski złożył zaledwie 1 procent spośród pracujących za granicą.

Obawiam się, że taki sam będzie efekt kampanii prowadzonej przez Poland Street „Wracać, ale dokąd?”. Żeby nie było wątpliwości: bardzo dobrze, że kampania prezentacji dwunastu polskich metropolii się odbywa. Poland Street znalazła cel działania, jej działacze sprawdzą się i nabiorą doświadczenia, a Polacy mieszkający w Londynie będą mieli okazję do zapoznania się z Polską, której być może nie znają i jest okazja do świetnej zabawy. Czy ktoś podejmie decyzję o powrocie tylko dlatego, że dowiedział się czegoś np. o Szczecinie? Wątpię.

Jak zwykle jest w tym wszystkim wiele propagandy, nieścisłości i zwykłego chciejstwa. Nikt nie interesuje się twardymi faktami. Zacznijmy od podstawowego: nikt nie wie, ilu Polaków mieszka w Wielkiej Brytanii. Podobno 600 tysięcy. Skąd ta liczba? Nie wiadomo. Ilu z nich zainteresowanych jest powrotem? Tego już zupełnie nikt nie wie i nie próbuje nawet ustalić. Prasa brytyjska epatuje tytułami, oskarżając np. Polaków o to, że wykorzystali kraj dużych możliwości, by teraz, gdy grozi kryzys, uciekali, jak przysłowiowe szczury. Przy okazji podaje się, równie „dokładne” jak wszystkie inne, dane o tym, ile kosztuje „utrzymanie” Polaków.

Ostatnio pisze się o kosztach organizowania powrotów dla bezdomnych. Według „Daily Express”, spośród 3000 londyńskich bezdomnych co piąty to emigrant z Europy środkowo-wschodniej, ale internetowa strona London Daily News podaje, że na ulicach Londynu mieszka 3000 Polaków. Podobno udzielona im pomoc i odwiezienie ich do Polski kosztowało tylko zarząd dzielnicy Westminster 100 tys. funtów. Autor artykułu na ten temat, który nazywa wszystkie nowe kraje członkowskie Unii Europejskiej „ex Soviet nations”, szacuje, że w ubiegłym roku ponad 100 tys. Polaków zdecydowało się na powrót. Oczywiście, nie tych bezdomnych. Resztę wszelkich danych liczbowych należy traktować podobnie jak i te. Są po prostu wyssane z palca.

Każdy z nas zna kogoś, kto wrócił. Znam takie przypadki. Wróciła moja znajoma, która otrzymała propozycję znakomitej pracy w swoim zawodzie. Jest szczęśliwa. Za nią pojechał jej chłopak. Nie umie znaleźć się w Warszawie, której wcześniej nie znał i na razie nie lubi. Wszystko porównuje do Londynu i miasta swego pochodzenia. Wypada na niekorzyść polskiej stolicy. Znam też parę młodych ludzi, którzy przeanalizowali koszty budowy domów w różnych miejscach Polski i wybrali okolice Poznania, z daleka od miejsc rodzinnych obojga. Niestraszny był im Londyn, wierzą, że i w Polsce uda im się ułożyć życie. Już są reemigrantami, choć nadal pracują na Wyspie (dom jest w budowie, a oni nadal zbierają pieniądze na jego wykończenie). I tyle.

Mam też znajomą emerytkę, która tylko jedną nogą mieszka w Londynie. Ciągle się spieramy. Ona chwali polską telewizję, zmieniającą się Warszawę, polskich lekarzy i wszystko inne. Kiedy pytam dlaczego nie przeniesie się tu na stałe, odpowiedź jest prosta: nie miałaby z czego żyć, bo Wielka Brytania daje jej emeryturę, zasiłki i przy wynajmowaniu (na lewo) mieszkania magistrackiego (sama, jako biedna emerytka, zwolniona jest z opłat) żyje dostatnio. Można i tak.

Ostatnio stałam się chwilową reemigrantką z przymusu. Nie widzę dla siebie tu miejsca. I nie będę widziała go tak długo, jak długo jestem petentem w urzędzie, intruzem w sklepie, nie mówiąc już o przychodni lekarskiej, w której jestem traktowana jak przedmiot. I jak długo każde przejście przez ulicę, nawet na pasach na zielonym świetle, będzie groziło śmiercią lub kalectwem. Oby to wszystko się zmieniło. Życzę tego nie tylko tym, którzy podejmują decyzję o powrocie, ale też mieszkającym w Polsce na stałe.

źródło: Goniec Polski, Katarzyna Bzowska