Dla nie władających angielszczyzną załatwienie jakiejkolwiek sprawy jest sporym problemem

Powszechny brak znajomości angielskiego wśród Polonii brytyjskiej powoduje, że polscy emigranci odseparowują się od społeczeństwa, tworząc osobną grupę społeczną, żyjącą obok Brytyjczyków.

Tłumacz na pół etatu

Wybiła godzina 18.00 Początek nocnej zmiany w hurtowni spożywczej w Burton Latimer. Niechętnie i ospale wychodzimy na hale. Podchodzi do mnie Marlena. Już wiem, w jakiej sprawie. – Tak, tak, już idę, tylko powiem kierownikowi – odpowiadam na pytanie, którego nie zdążyła zadać. Marlena wczoraj w pracy pokłóciła się z pewną Litwinką. Podobno prawie doszło do rękoczynów. Konsekwencją zdarzenia jest rozmowa dyscyplinarna z menedżerem, na którą właśnie szliśmy. Ona jako oskarżona, ja jako tłumacz.

W magazynie Morrison’s na nocnej zmianie pracuje kilkudziesięciu Polaków. Większość z nich nie mówi po angielsku wcale, albo mówi słabo. Gdy zachodzi potrzeba bezpośredniej interakcji pracownika z przełożonym, najczęściej menedżerem, wołają mnie do pomocy. Można śmiało powiedzieć, że jestem nieoficjalnym tłumaczem. Mój kolega z pracy, Henry, śmieje się, że powinienem mieć za to dodatek do pensji. Może kiedyś się o to upomnę. W każdym razie na spotkaniach dyscyplinarnych bywam bardzo często. Moja pomoc w zakresie tłumaczenia nie ogranicza się jedynie do „dyscyplinarek” i spotkań. Często przerwa schodzi mi na wypełnianiu aplikacji, pisaniu listu do Home Office bądź zgłębianiu papierów, które przyszły pocztą. Zdarza się i tak, że poświęcam swój prywatny czas na spotkaniach u prawników, albo na telefonach do elektrowni.

Owce na Księżycu

Dla nie władających angielszczyzną załatwienie jakiejkolwiek sprawy jest sporym problemem. – Takie życie to udręka – mówi Wojtek. On sam ma problemy z językiem. W Polsce nigdy się nie uczył. Po dwóch latach w Anglii ciągłego zdawania się na innych wreszcie zdecydował się na kurs angielskiego w Instytucie Tresham w Corby. Wojtek jednak należy do wyjątków. Większość, choć nie wie, kiedy i czy wróci do kraju, nawet nie myśli o nauce języka. Czasem natomiast dobra znajomość angielskiego jest dosłownie sprawą życia i śmierci.

Dobrze o tym wie moja żona, która jest pielęgniarką w Kettering General Hospital. Kilkakrotnie już się zdarzało, że była wzywana do polskich pacjentów, celem tłumaczenia. Pewnego razu do szpitala przyjechała młoda matka z niemowlęciem, które zanosiło się od płaczu. Polka nie była w stanie wytłumaczyć, co dziecku dolega. Okazało się, że to było ostre wzdęcie. W takich przypadkach nieznajomość angielszczyzny może nieść poważne konsekwencje.

Brak angielskiego jest wielką przeszkodą w życiu, ale i w szukaniu pracy. W innym magazynie poznałem nauczyciela matematyki i menedżera firmy farmaceutycznej, którzy wykonywali pracę poniżej swych kwalifikacji, tylko z powodu języka. Innym razem pomagając znaleźć pracę koleżance, która z angielskim była na bakier, byłem świadkiem konwersacji, podczas której pracownik rekrutujący osoby, chcąc sprawdzić poziom języka mojej koleżanki, zadawał jej abstrakcyjne pytania, np. czy owce spacerują na Księżycu. Niestety na wszystkie pytania odpowiedziała twierdząco. Po miesiącu bezowocnych poszukiwań musiała wrócić do kraju.

„Recajkling” i „polisz TV”

Nieznajomość angielskiego nie tylko uniemożliwia asymilację, ale też zniechęca do niej emigrantów. Zauważyłem, że niechęć do Anglii jest wprost proporcjonalna do poziomu władania językiem. Jak ktoś nie mówi po angielsku, to wszystko jest dla niego obce, wrogie i niedostępne. Tacy ludzie pewnie i bezpiecznie czują się jedynie we własnym gronie. Wśród ludzi, których rozumieją – innych Polaków. Właśnie tak tworzą się polskie komuny. Ogromny rozmiar polskiej diaspory oraz polskość napotykana na każdym kroku im to umożliwiają.
Wielu z moich rodaków z pracy to ludzie z kilkuletnim emigracyjnym stażem. Udzielenie odpowiedzi na pytanie o termin powrotu do Polski jest dla nich nie lada wyzwaniem. Od paru lat mieszkają na kupie ze znajomymi, albo w wynajmowanych domach, bądź mieszkaniach, których wnętrza wypełniają meble z recyklingu lub second-handów. Każdy prawie urlop spędzają w Polsce. Oglądają polską telewizję. Zakupy robią w polskich sklepach, korzystają z usług polskich fryzjerek. Czasem wybierają się na mszę do polskiego kościoła. W wolne wieczory najczęściej spożywają alkohol we własnym gronie. Podczas tych spotkań dominuje temat pracy.

Przedstawiciele Polonii brytyjskiej stwarzają sobie na „saksach” swój własny, mały bezpieczny świat, w którym czują się komfortowo i który niechętnie opuszczają. Właśnie w ten sposób wielu Polaków żyje przez lata w Wielkiej Brytanii i nie ma pojęcia o tym, co to jest pudding, Święto Ognia czy Westminster.

Kiedyś było inaczej. Przed laty polscy imigranci, najczęściej nielegalni, robili wszystko, aby się jak najszybciej zasymilować i wtopić w społeczeństwo. – Moim priorytetem było przede wszystkim jak najszybciej nauczyć się języka – wspomina Jola, która przyjechała do Anglii 20 lat temu. Jej się udało. Dostała obywatelstwo. Znalazła męża. Założyła rodzinę. Urodziła dwójkę dzieci. Pomimo, że pamięta o swoich korzeniach, nie wyjechałaby już stąd. Przecież Anglia to jej dom.

Robin Hood w polskiej wersji

Polacy bardzo niewiele wiedzą o kraju, w którym żyją. Po wyborze nowego premiera, pytałem się znajomych z pracy, czy wiedzą, kim jest Gordon Brown. Spośród kilkudziesięciu wiedziała tylko jedna. Mało kto ogląda telewizję, prawie nikt nie czyta gazet, chyba że „The Sun” z powodu trzeciej strony i sporej dawki sportu. W zasadzie sport, a raczej angielska piłka nożna, to jedyna płaszczyzna, w której emigranci płci męskiej są na bieżąco.

Niechęć do asymilacji Polaków dostrzegają sami Brytyjczycy. Brytyjska prasa nas ciągle z tego powodu krytykuje, a księża angielscy usilnie namawiają do uczestniczenia w nabożeństwach anglojęzycznych. Rząd zapowiada wprowadzenie językowych zaostrzeń dla przyszłych imigrantów. Jednak jest coś, co nas łączy z kulturą angielską. To postać Robin Hooda i jego świty. Tak jak on żyjemy z dala od społeczeństwa. Jesteśmy społecznymi i językowymi banitami. I sami sobie taki los wybraliśmy.

źródło: Cooltura, Marcin Ziernicki