Zawrzało w mediach. Polki w Wielkiej Brytanii sprzedają się za ponad trzy tysiące funtów

Chodzi o fikcyjne małżeństwa z obcokrajowcami, umożliwiające im pozostanie na Wyspach. Kiedyś, nie tak dawno temu, Polki kupowały prawo pobytu, teraz sprzedają, czyli wyrównują rachunek. Na ile jest to transakcja powszechna i łatwa?

Trudno na to pytanie odpowiedzieć na podstawie materiału zamieszczonego w „Gońcu Polskim”. Wydaje się, że jedynym wymogiem jest przedstawienie dokumentów potwierdzających zatrudnienie, a kontakty z osobą, której wyświadczamy nielegalną usługę, ograniczone są do minimum. Nierozstrzygnięta pozostaje sprawa wewnętrznej zgody na to, czy warto pozbawiać się najbardziej uroczystego momentu w życiu za relatywnie skromną sumę. Tak zwane „białe małżeństwa” istniały i istnieć będą. Nową jakościa jest jedynie nasza siła przetargowa. Staliśmy się obywatelami Europy i tym samym wzrosła nasza wartość na rynku matrymonialnym. Nasza, bo panowie też są cenionym towarem, lepiej jednak pisać o Polkach, bo brzmi to atrakcyjniej, a nawet drażni nasze poczucie dumy narodowej. Mogę sobie wyobrazić zatroskanych ministrów, dla których cnota w każdym wydaniu jest wartością nadrzędną, jak debatują nad kolejnym programem naprawy społecznej pod hasłem „Polka dla Polaków”. A Polak znowu pozostawiony będzie samopas.

Mając wrażliwych ministrów nie musze się więc wdawać w ocenę moralną. Dobrze to, czy źle? – niech każdy oceni to sam, bądź poczeka na stosowną wypowiedź ministra. Zastanawia mnie jednak prosta recepta na zarobienie kilku tysięcy funtów. To, że w Wielkiej Brytanii większość spraw można załatwić telefonicznie, nie znaczy że wszystkie. W tym kraju łatwiej się rozwieść niż zawrzeć małżeństwo. Nie można tego zrobić zaocznie, wymagana jest jednak obecność w urzędzie stanu cywilnego. I, w zależnosci od przypadku, może nas spotkać kontrola „skonsumowania” zawartego związku. Znowu, w zależności od przypadku, metody urzędników są różne. Sam narażony byłem na taką wścibskość spowodowaną nadużywaniem prawa przez innych. W najmniej oczekiwanym momencie zadzwonił do mnie urzędnik Home Office z prośbą o podanie daty urodzenia mojej żony. Oburzony, odmówiłem odpowiedzi. Nie zadaję takich pytań kobietom, a tym bardziej swojej żonie – stwierdziłem kategorycznie. W porównaniu z tym, co przechodzili inni prawdziwi małżonkowie, była to łagodna próba sprawdzania. Home Office w przypadku małżeństw, gdzie jedna strona, na mocy zawartego związku, zyskuje prawo pobytu, bywa bezwzględny, a zadawane pytania nie mają nic wspólnego z angielską dyskrecją. Są poniżające i uwłaczające ludzkiej godności.

Prawdziwy małżonek wpatrzony w drugą połowę poradzi sobie z taką sytuacją, nawet wtedy, kiedy odwiedzi ich dom wścibski urzędnik. Fikcyjny nie.

źródło: RMF FM