Jeśli rząd się myli i wzrost gospodarczy nie wyniesie 3,7 proc. lecz znacznie mniej, jeśli dochody budżetu spadną o więcej niż o zakładane 1,7 mld PLN, Polska może mieć poważny kłopot.

Może nie aż tak poważny jak w lipcu 2001 r., kiedy Jarosław Bauc – ówczesny minister finansów – oznajmił, że dziura budżetowa wynosi nie mniej ni więcej tylko 80 mld PLN, ale jednak spory kłopot. Jeśli w czerwcu – kiedy można spodziewać się ewentualnej korekty budżetu na 2009 rok – resort finansów odnotuje, że dochody z podatków są jednak znacznie niższe niż się zakłada obecnie (a przecież mniejsze zyski firm zdają się to gwarantować), Polsce przyjdzie rywalizować o kapitał emisjami obligacji, bo trudno uwierzyć w cięcia budżetowe. W tym samym czasie głód kapitału odczuwać będą USA, Wielka Brytania i zapewne inne kraje unijne, które w jakiś sposób będą musiały finansować swoje deficyty cierpiące na mniejsze wpływy podatkowe, a z drugiej strony nadwyrężane kosztami programów wspierających gospodarkę (a trzeba się też zastanawiać nad tym jakie koszty wiązać się będą z utrzymywaniem rosnącej rzeszy bezrobotnych). Rywalizacja o kapitał będzie więc ostra w nadchodzącym roku.

Może się wówczas okazać, że nawet „głupie” 5 mld PLN dodatkowego deficytu finansowanego emisją obligacji jest w stanie poważnie wpłynąć na notowania złotego (dla porównania – rewelacje Jarosława Bauca na temat stanu finansów państwa osłabiły złotego o 10 proc. w ciągu jednego tylko dnia).

Z drugiej strony utrzymanie deficytu budżetowego na zakładanym przed ostatnią korektą poziomie jest posunięciem mądrym. Polski rząd nie uległ populistycznym już nieco zapędom polityków zachodnich, którzy dla ratowania stylu życia opartego na kredycie, gotowi są poświęcić ostatnią wiarygodną rzecz jaką ma obecny system finansowy na świecie – wiarygodność budżetów centralnych. Już teraz pojawiają się obawy o możliwy wzrost inflacji na świecie jako następstwo tak pojmowanej walki z kryzysem, mimo że aktualnie napływające dane wskazują raczej na ryzyko deflacji w najbliższych miesiącach.

Nie jest więc łatwo być ministrem finansów w tych dniach, także dlatego, że obecna patowa sytuacja nie jest jego winą. Poprzednie rządy przejadły wzrost gospodarczy niemal w całości, nie wprowadzając żadnych istotnych reform po stronie wydatków państwa, które obecnie zagrażają wzrostem deficytu budżetowego nawet przy zachowaniu pewnej ostrożności. Niestety sytuacja może wymagać większych cięć w wydatkach, lub powiększenia deficytu – za takie korekty w trakcie roku płaci się zwykle wysoką cenę.

Jeśli zaś chodzi o perspektywy inwestycyjne na przyszły rok związane z ryzykiem takiego rozwoju sytuacji jak nakreślono powyżej, to wiele wskazuje na to, że jak rzadko kiedy, trzeba będzie wykazać się wielkim wyczuciem rynku, by w odpowiedniej chwili przejść z obligacji na inwestycje odporne na recesję połączoną z ryzykiem inflacji. Tak – mowa o metalach szlachetnych, których ceny dziś spadają, lecz jeśli światu zagraża Wielka Depresja, to muszą się też znaleźć aktywa, które przechowają wartość do nadejścia lepszych czasów. Ktoś powie, że zbyt wiele tych „jeśli” jak na jeden tekst. Niestety, to prosta konsekwencja faktu, że o istnieniu podobnych słów zapomniano w ostatnich latach.

źródło: Emil Szweda / ft.onet.pl