Mimo gróźb Ryanair nie anulował tysięcy biletów zabukowanych przez pośredników Ci zaś bawią się z Irlandczykami w ciuciubabkę i jak gdyby nigdy nic nadal sprzedają rezerwacje.

Nieco ponad dwa tygodnie temu, kiedy największa niskokosztowa linia lotnicza Ryanair ogłosiła, że wszystkie bilety zakupione poprzez biura podróży i portale internetowe zostały anulowane, tysiące pasażerów doznało szoku. Prezes linii Michael O’Leary zarzekał się, że pasażerowie nie mają, po co jechać na lotniska, bo i tak nikt ich nie wpuści do samolotu. Po zwrot pieniędzy odsyłał do firm, które w imieniu podróżnych dokonały rezerwacji. W europejskich mediach aż zawrzało. Komisja Europejska zagroziła nawet ukaraniem Ryanaira za łamanie zasad wolnego rynku. Nikt nie przypuszczał, że było to kolejne marketingowe zagranie Irlandczyków.

Wielkie halo

Cała akcja Ryanaira trochę mnie rozśmieszyła – twierdzi Paweł Cybulak, właściciel portalu Pasażer.com. – O co niby mieli mnie oskarżyć? O to, że podsyłam im klientów? – zastanawia się. Z Dublina do jego biura w Krakowie przyszło pismo, w którym Ryanair zapowiadał podjęcie kroków prawnych, jeśli portal nie zaprzestanie sprzedaży biletów. Odesłano w nim do regulaminu i różnych paragrafów, które miałyby tego zabraniać.

Zamiast zarobić, zrobili wielkie halo – ocenia Cybulak. Chwilowo wycofał ze swojej oferty loty tanimi liniami. – Michalel O’Leary nie może przeżyć, że ktoś jeszcze zarabia na Ryanairze. Bardziej chodziło mu o zrobienie szumu medialnego i nastraszenie ludzi, że jeśli nie kupią biletu bezpośrednio od nich, to nie polecą – dodaje.

Tymczasem regulamin Ryanaira mówi: „Wszystkie rezerwacje lotów muszą być dokonane poprzez oficjalną stronę internetową. Inne mogą zostać odwołane bez podania przyczyn i zwrotu poniesionych kosztów”.

Jak ustaliliśmy, żaden z kilkuset klientów strony Pasażer.com nie dopominał się po ostatniej akcji o zwrot kosztów. Również pozostali pośrednicy zgodnie twierdzą, że mimo gróźb ze strony przewoźnika, rezerwacje nie zostały cofnięte, a wszyscy klienci polecieli.

Wygląda na to, że był to kolejny kontrowersyjny chwyt marketingowy Ryanaira. Dzięki skandalowi nazwa linii lotniczej przewinęła się we wszystkich możliwych mediach. Cel został osiągnięty – ludzie żyją w przekonaniu, że najtańsze bilety można bezpośrednio kupić u przewoźnika. A gdy mamy już rezerwację, linia lotnicza nie odpuszcza i wciska nam miejsca w hotelach, transfery na lotniska, wypożyczenie samochodu. Właśnie dlatego warto wmówić światu, że cała reszta pośredników to zwykli zdziercy.

Wytoczyli armaty

Redakcja „Gońca” odwiedziła kilka portali internetowych w poszukiwaniu „nielegalnie” sprzedawanych biletów. Większość pośredników nadal oferuje loty irlandzkimi liniami i nic nie robi sobie z pogróżek O’Leary’ego. Na stronie Aero.pl można kupić np. listopadowe rejsy z Londynu do Wrocławia za 220 złotych. Bezpośrednio u Ryanaira lot w tym samym dniu kosztuje zaledwie 60 zł. Mimo ostrzeżeń ze strony Rynaira, firma pośrednicząca w zakupie biletu zapewnia, że nie ma najmniejszej obawy, że transakcja wykonana przy jej pomocy mogłaby zostać anulowana.

Zapewniam, że nic takiego nie miało i nie ma miejsca. Wszyscy nasi pasażerowie dolecieli do celu zgodnie z planem – usłyszeliśmy w biurze rezerwacji. – Jeśli lot zostanie jednak odwołany z winy przewoźnika, na pewno zwrócimy pieniądze.

Sposób na Ryanaira znalazły też renomowane biura podróży. Również w nich bez najmniejszych problemów dostaniemy bilety.

– Rezerwacji dokonujemy bezpośrednio na stronie przewoźnika, więc nie ma możliwości, by ktokolwiek ją zakwestionował – twierdzi Grzegorz Słoboda z londyńskiego biura podróży Gosia Travel. – Od każdej rezerwacji pobieramy stałą opłatę 10 funtów za usługę. Nie ma mowy o podbijaniu cen – dodaje.

Paweł Cybulak z Pasażer.com przyznaje, że część portali internetowych postępowała nieuczciwie. Bilety z promocyjnych ofert za pięć funtów były sprzedawane za ponad 100. Ale Ryanair nie przebierał w środkach i armaty wytoczył wobec wszystkich, bez wyjątku.

Nie ma bata

Komisja Europejska tym razem prawdopodobnie nie zdoła złapać w sidła prezesa O’Leary’ego, choć nieraz już polowała na jego potknięcia. Zrobił to niedawno włoski sąd. Nałożył na Ryanaira karę wysokości 54 tysięcy euro za to, że nie ujawnia na swojej stronie internetowej całkowitego kosztu przelotu. O dodatkowych opłatach dowiadujemy się bowiem dopiero w chwili płacenia. Podobne postępowanie prawne prowadzone było w Wielkiej Brytanii, i linia została zmuszona do przebudowania swojej strony internetowej.

System trochę się zmienił, choć cena biletu nadal do samego końca pozostaje zagadką.

Właściciel strony Pasażer.com zapewnia, że niebawem znowu udostępni rezerwacje tanich linii lotniczych. Zastrzega, że zrezygnował z nich nie ze strachu przed przewoźnikiem, lecz z powodu przebudowy systemu informatycznego.

A jeśli Ryanair nadal będzie miał do nas pretensje, całkowicie usunę go ze swojego portalu – odgraża się. – Łącznie z rozkładami lotów i wzmiankami prasowymi na ich temat. Dosyć darmowej reklamy – deklaruje Cybulak.

źródło: GoniecPolski/Tomasz Ziemba