Co ciągnie Brytyjczyków do Polski, skoro innych nie ciągnie? Być może odpowiedź tkwi w ich przepełnionym ironią poczuciu humoru, a podróż do kraju nad Wisłą to dla nich „wakacje z żartem”? Anglik Alex Webber wydaje z powodzeniem przewodniki, w których wyłapuje humorystyczne smaczki w polskich miastach.

Zainteresowania brytyjskich turystów nie da się zrzucić wyłącznie na tzw. binge drinking, czyli „pijackie wyprawy”. Owszem, zdarza się, ale Anglicy szukają w Polsce również innych podniet. Chociaż może nie takich, jakich – z naszym śmiertelnie poważnym podejściem do własnego kraju – byśmy sobie życzyli.

Inni nie chcą, a oni przyjeżdżają

Polski Instytut Turystyki poinformował, że zmalała liczba zagranicznych turystów przyjeżdżających do Polski. W pierwszym kwartale tego roku nasze rodzinne strony odwiedziło 13,2 mln osób z zagranicy, czyli o 10 proc. mniej niż w zeszłym roku.

Według specjalistów z Instytutu Turystyki rokrocznie powtarzające się najazdy zagranicznych turystów na Polskę zostały zatrzymane przez mocną złotówkę. Z tego powodu zmalała liczba gości z Niemiec, którzy chętniej wybierali się w podróż do mniej uszczuplających portfel Czech. O 17 proc. zmniejszyła się liczba przybyszów z takich krajów zamorskich, jak Japonia, Kanada i Australia.

Polskie granice przekroczyło też o 5 proc. mniej turystów ze Stanów. Jedynymi krajami, z których przyjeżdża do nas coraz więcej osób, są Wielka Brytania i Irlandia. Według londyńskiego Polish National Tourist Office, od 2005 roku liczba turystów z Wysp zwiększa się stale, co roku o 20 proc., a w pierwszym kwartale tego roku tendencja ta została podtrzymana.

Skoro więc większość zagranicznych gości narzeka na drożyznę w naszym kraju, a co więcej, według danych branżowego pisma „Hotelarz”, nie podoba im się panująca u nas pogoda, dlaczego Brytyjczycy mimo wszystko tak chętnie odwiedzają Polskę?

Być może odpowiedź na to pytanie znajdziemy w najnowszym przewodniku po Katowicach, wydawnictwa In Your Pocket, napisanym przez Anglika – Aleksa Webbera.

Tu byli Marsjanie

„Gdzie były Katowice, kiedy Bóg rozdzielał urodę?” – tak przewrotnie zaczyna swoją opowieść Brytyjczyk i choć kilka razy powtarza, że „miasto piękne nie jest”, to na koniec dodaje, że na pewno może turystę zafascynować. Webber, z właściwym dla Wyspiarzy dystansem, odkrywa w Katowicach duże pokłady humoru. Opisując Spodek, sugeruje, że Katowice to jedyne miasto na świecie, gdzie zostawili coś po sobie Marsjanie. Śmieszy go również to, że ktoś z powalającym poczuciem humoru zdecydował, by Spodek grał na dodatek melodyjkę znaną z „Bliskich spotkań trzeciego stopnia” Stevena Spielberga.

Webber z dużą sympatią opisuje również muzeum kanalizacji, Rynek, w którym próżno szukać Rynku, czy też liczne ślady jakby wciąż trwającego komunizmu, obecne w pejzażu miasta. Nie da się ukryć, że brytyjski turysta, który opisuje Katowice, lubi po prostu tropić nonsensy, znajduje je w polskim mieście, a to sprawia, że zaczyna mu się ono podobać. „Jeśli chcesz odkryć kompletnie szalony, nieodkryty i niewytłumaczalny zakątek Polski, trafiłeś idealnie” – podsumowuje.

Co ciekawe, mieszkańcy Katowic uznają taki opis za bardzo trafny. – Takie jest właśnie nasze miasto, na pierwszy rzut oka nie zachwyca, ale potrafi bardzo pozytywnie zaskoczyć – przyznaje na łamach „Dziennika Zachodniego” Marcin Stańczyk z wydziału promocji i informacji urzędu miasta. Z jego relacji wynika, że przewodnik cieszy się dużym zainteresowaniem wśród brytyjskich turystów. Samo miasto zresztą też.

Bunkry, duże miasta i ciekawe zależności

Wydawnictwo In Your Pocket wydaje swoje przewodniki od 1992 roku. Do tej pory ukazały się publikacje dotyczące 60 miast w 18 europejskich krajach, m.in. w Niemczech, Rosji, Chorwacji i Bułgarii. Katowice nie są jedynym polskim miastem, któremu informator został poświęcony.

Podobny ironiczny opis, również autorstwa Aleksa Webbera, znajduje się np. w przewodniku przybliżającym zagranicznym turystom Warszawę. W mieście tym, zdaniem Anglika, ciągle czuć wojnę, a dowodem na to jest Dworzec Centralny, przypominający na pierwszy rzut oka bunkier. „Coś mi tu śmierdzi” – mówi sobie w duchu turysta odwiedzający Warszawę. Nie wie tylko, czy jego uczucie jest związane z wyczuwalnym podstępem szykowanym przez cwaniacko uśmiechającego się do niego na lotnisku taksówkarza-kanciarza czy po prostu z nie najlepszym zapachem unoszącym się ze wspomnianego bunkra.

„Ta nazwa bardziej kojarzy się z nieudanym hasłem w krzyżówce niż z celem turystycznej wycieczki” – tak Webber pisze o innej polskiej metropolii, Bydgoszczy.

Do Gdańska autor radzi zawitać porą letnią, ponieważ zaobserwował ciekawą zależność, że noce są wtedy dłuższe, a spódniczki kobiet krótsze. Z podobnego punktu widzenia opisał wrocławskie kluby, relacjonując swoją przygodę z Wrocławiem jako wizytę na Planecie Pussycat. Chwali również Poznań, przyznając jednak, że łazienki w niektórych restauracjach przypominają bułgarskie więzienia. Opisując zaś Łódź, Webber śmieje się, że władze miasta jako główny dowód na jego atrakcyjność do niedawna podawały fakt, że jest drugim co do wielkości miastem w Polsce, tuż po Warszawie. Nic przecież tak nie przyciąga miłośników turystycznych atrakcji jak miasto znane z tego, że jest duże.

W podobny sposób Webber opisał już łącznie 18 polskich miast, przyczyniając się w pewnym stopniu do tego, że jego rodacy chętniej przyjeżdżają do naszego kraju. Czyżby więc tajemnica wzmożonej turystyki z Wysp do Polski kryła się w angielskim poczuciu humoru i współgrającej z nim estetyce polskich miast? Jeśli coś w tym jest, to może mamy do czynienia z nowym rodzajem turystyki – humoturystyką.

źródło: goniec.com