Mój wehikuł czasu nie jest ani wymyślną maszyną, ani pojazdem

Jest to obszar około 120 hektarów w północnej Anglii, w odległości 20 kilometrów od Newcastle. To Muzeum-Skansen w Beamish (The North of England Open Air Museum).

Przekraczając jego bramy przenoszę się w czasie i poznaję życie mieszkańców północnej Anglii w latach 1825-1913. Widzę na własne oczy rewolucję przemysłową, która z wiejskiego, słabo zaludnionego regionu uczyniła w ciągu kilku dziesięcioleci bogaty region przemysłowy. Doznaję „bliskich spotkań trzeciego stopnia” z historią, robiąc zakupy w sklepach z epoki, podróżując historycznymi pojazdami, wchodząc do stuletnich mieszkań, świątyń, a nawet banku i szkoły.

Wszystko zaczyna się zaraz po odejściu od kasy muzeum. Razem z turystami, którzy przyjechali tu z całego świata, idę na przystanek tramwajowy, który już sam w sobie jest zabytkiem. Na jego murowanych ścianach widzę oryginalne reklamy z początku XX wieku w charakterystycznym stylu i liternictwie. Nadjeżdża piękny, stary tramwaj z motorniczym i konduktorem w strojach z tamtej epoki. Wsiadam i po chwili z zawrotną prędkością może 10 kilometrów na godzinę pędzę po szynach. Z okna tramwaju widzę kolejno dolinę z zabudowaniami wiejskimi, pastwiskami i polami uprawnymi, potem zajezdnię tramwajową, zakład metalurgiczny, wesołe miasteczko i stację kolejową. Wszystko wygląda tak, jak musiało wyglądać w XIX i na początku XX wieku. Wreszcie wjeżdżamy do miasta, w którym zaczynam się czuć jak na planie filmu historycznego. Wkoło widać różne pojazdy: inne tramwaje, omnibusy, bryczki, dorożki, nawet automobile. A na chodnikach, oprócz turystów, widzę panie w długich sukniach o talii osy i szerokich kapeluszach oraz dżentelmenów w garniturach i melonikach. Za jednym z nich wchodzę do banku.

Bank

Okienka kasowe przypominają trochę westernowe kasy – ozdobne kraty i kontuary. Kasjer w zarękawnikach to nie tylko „element dekoracji”, to także źródło wiedzy o ówczesnej bankowości: odpowiada na pytania zwiedzających, wyjaśnia zasady otwierania rachunków, objaśnia system walutowy z funtami, szylingami i pensami, demonstruje ówczesne czeki, monety i banknoty. Zwieńczeniem pobytu w banku jest zejście do piwnicy, do skarbca. Tu bezkarnie mogę przyglądać się systemowi alarmowemu, a nawet go sfotografować. Czy drzemie we mnie kasiarz Kwinto?

Hala Masońska – Masonic Hall

Do banku przylega równie okazały budynek Hali Masońskiej, przeniesiony tu z pobliskiego Sunderlandu. Przekraczając jego podwoje czuję się trochę nieswojo, bo nie wiem, co mogę tam zobaczyć. Czy to świątynia? Czy obowiązują jakieś specyficzne zasady zachowania? Długo straszona przez polskich polityków masonami, czuję się jakbym wchodziła do jaskini lwa. A tymczasem wewnątrz znajduję piękne meble, biblioteczki z książkami, rejestry lokalnych masonerii, ekspozycję przedmiotów codziennego użytku z symbolami masońskimi oraz obrazy. Jedna rycina szczególnie mnie intryguje: w zależności od kąta patrzenia można na niej dostrzec albo dwie młode dziewczyny, albo czaszkę z pustymi oczodołami.

Wreszcie przełamuję się całkowicie i wchodzę do głównej sali spotkań. Na wprost wejścia widzę podwyższenie z fotelami, na ścianach portrety członków masonerii sunderlandzkiej, a na pięknym sklepieniu literę „C”, oznaczającą Stwórcę (ang. Creator). Najciekawsze dla mnie okazuje się jednak małe pudełko – sprytna urna wyborcza na głosy, które decydowały o przyjęciu do masonerii nowego kandydata. Sympatyczny pan wyjaśnia mi zasadę działania. Wszyscy członkowie masonerii otrzymują po jednej specjalej kulce i kolejno wrzucają ją do pudełka, którego wnętrze podzielone jest na dwie komory: głosy na „tak” i głosy na „nie”. Dzięki odpowiedniej budowie urny z zewnątrz nie można dostrzec, czy dana osoba głosuje za nowym kandydatem, czy przeciwko niemu. Głosy podlicza się w wyjątkowy, choć prosty sposób: sprawdza się tylko, czy jest jakaś kula w komorze z głosami na „nie”. Już jeden głos sprzeciwu dyskwalifikuje kandydata. Wypróbowuję oczywiście tę urnę, bo taka okazja może się nie powtórzyć. Hala Masońska w Beamish jest bowiem jedyną otwartą dla publiczności budowlą tego typu w Europie.

Sklepy i nie tylko

Po takich silnych przeżyciach muszę koniecznie odpocząć, a przede wszystkim uzupełnić spalone kalorie. I proszę! Natrafiam na sklep i warsztat produkujący cukierki tradycyjną metodą. Miedziane kadzie do mieszania składników i młynki wykrawające cukierki z twardniejącej masy same ilustrują, na czym ta metoda polegała. Przechodzę więc do sklepu i od razu kupuję sporą ilość łakoci, nie tylko do bieżącego spożycia, ale także na później, jako pamiątkę, bo nie potrafię się oprzeć pięknym metalowym pudełeczkom z cukierkami w środku. Smak tych cukierków jest różny, ale niektóre przypominają mi polskie cukierki odpustowe, trochę pudrowe, ale jakże niezwykłe.

Po drugiej stronie ulicy zauważam cynkowane garnki i ryżowe szczotki wystawione na zewnątrz innego sklepu, pewnie wielobranżowego. Czemu więc nie zajrzeć do środka? Widzę maszyny do szycia, kołyski i krzesełka dla dzieci, garnki we wszystkich rozmiarach no i przysłowiowe „mydło, szydło i powidło”. Ale wszystkie te artykuły to przecież antyki! Tutaj można poczuć się trochę jak w warszawskim sklepie Wokulskiego z „Lalki” Prusa.

Sklep z garnkami sąsiaduje ze sklepem odzieżowo-tekstylno-pasmanteryjnym, gdzie obok guzików i nici w oryginalnych stuletnich opakowaniach znajdują się też bele pięknych materiałów, koronki i odzież. Ówczesna moda dziecięca nie była zbyt wygodna dla dziecka, jak wnioskuję z prezentowanych ubranek, ale za to moda damska może się podobać nawet najbardziej wybrednej przedstawicielce XXI wieku. Postanawiam jeszcze bardziej wczuć się w klimat zakupów i pytam ekspedientkę o futra. Niestety, może mi zaproponować jedynie futrzany kołnierz do płaszcza. Żeby poprawić mi humor, wyciąga z pudełka piękny, czarny, damski kapelusz z woalką i podaje mi go do przymiarki.

„Babskie zakupy” muszę jednak już kończyć, bo mąż ciągnie mnie do salonu samochodowego i warsztatu. Samochody z salonu – ze względu chyba na ich unikalność i wartość – można oglądać tylko z zewnątrz, przez okna wystawowe, za to w warsztacie znów wszystko jest do dotykania. „Właściciel” warsztatu radzi nam zajrzeć koniecznie do kuźni, stajni i powozowni. Tam dostrzegam ogromny piec kowalski, niestety wygaszony. Zadowalam się widokiem licznych narzędzi, podków i gwoździ. Rozbawiają mnie prawie do łez naklejone na ścianie kuźni reklamy (historyczne oczywiście) urządzeń do ćwiczenia jazdy konnej w domu, w wersji męskiej i damskiej.

Przechodząc koło budynku poczty i drukarni zauważam ogłoszenie dotyczące rekrutacji gazeciarzy – chłopców w wieku 12-14 lat. Rezygnuję z wizyty w pubie, a nawet w herbaciarni, bo oto przede mną stają otworem mieszkania Anglików sprzed stu lat.

Mieszkania

Wreszcie mogę zaspokoić swoją ciekawość i zajrzeć w prawie każdy kąt angielskiego domostwa, nawet do kuchni i do łazienki. Beamish udostępnia do zwiedzania trzy w pełni wyposażone mieszkania. Jedno „należy” do samotnej panny – nauczycielki śpiewu i gry na fortepianie, drugie do dentysty i jego rodziny, a trzecie do notariusza. Mieszkania te spełniały podwójną rolę, były bowiem również miejscem pracy.

Różne zawody i sytuacje rodzinne ich mieszkańców sprawiają, że każde z tych mieszkań jest inne. Mieszkanie nauczycielki jest pełne przeróżnych ozdób, łącznie z wypchanym psem. W mieszkaniu dentysty na parterze mamy poczekalnię, a na piętrze gabinet dentystyczny oraz warsztat protetyczny. Pokój dziecięcy w mieszkaniu dentysty to nie tylko sypialnia dla niemowlaków, ale też bawialnia dla starszych dzieci z mnóstwem zabawek, porozrzucanych po podłodze, jakby jakiś szkrab właśnie przerwał swoją zabawę w połowie.

Czas goni. Już wiem, że nawet te zaplanowane cztery godziny to za mało, żeby wszystko zobaczyć. Nie czekam juz nawet na tramwaj i prawie truchtem przechodzę po peronie stacji, potem kładką nad torami, mijam barwne i gwarne wesołe miasteczko, żeby zobaczyć wieś górniczą, a przede wszystkim szkołę.

Szkoła wiejska

Budynek szkoły to swego rodzaju „lektura obowiązkowa” w Beamish. Przed budynkiem dzieci naśladują zabawy swoich babć i prababć, biegając z metalowym kółkiem. Okazuje się, że prowadzenie kółka wcale nie jest takie łatwe, ale za to bardzo zabawne.

Wewnątrz korytarz prowadzi do dwóch sal: małej – przeznaczonej dla najmłodszych i do drugiej ogromnej z ławkami różnej wielkości. Mój trzyletni synek, widząc inne dzieci, siedzące już w ławkach, sam wypróbowuje i miejsce, i leżącą na ławce tabliczkę z kredą. Ja przyglądam się wyrazom pięknie wykaligrafowanym na dużej, czarnej, drewnianej tablicy i uśmiecham się na widok starodawnych pomocy naukowych. Na planszy prezentującej flagi ważniejszych państw świata na próżno szukam flagi Polski, bo przecież plansza – jak wszystkie eksponaty – pochodzi sprzed I wojny światowej, gdy nasz kraj był pod zaborami.

Ze wsi przez las idę do dworku, mijając po drodze złowrogi napis, który tłumaczę jako: „Zakaz przechodzenia. Psy będą zastrzelone.” Czy był to dawniej skuteczny sposób odstraszania kłusowników? Czy może dotyczył kogoś innego? Może jeszcze się kiedyś dowiem.

Dworek – Pockerley Manor

Malowniczo położony na wzgórzu wśród starych drzew dworek stoi w tym samym miejscu od prawie dwustu lat. Wchodzę kuchennym wejściem i od razu w spiżarni przy kuchni dostrzegam ptactwo, zwisające za nogi z sufitu i kruszejące według starych zasad łowieckich i kulinarnych. Na strychu, przy kominie wisi połówka świniaka. Zachodzę w głowę, czy to atrapa, czy prawdziwe mięso, chociaż specyficzny zapach wskazywałby na to drugie. Schodzę na dół i drugimi drzwiami wychodzę do tarasowych ogrodów, skąd rozciąga się piękny widok na zieloną dolinę.

Powrót

Do czasów obecnych wracam w ten sam sposób, w jaki zaczęłam moją wędrówkę w przeszłość: również tramwajem. Po kilkugodzinnym marszu i truchcie bolą mnie nogi. Siatka ze słodyczami i pamiątkami kupionymi na poczcie ciąży już strasznie. Karta pamięci mojego aparatu fotograficznego jest pełna. Głowa też jest pełna, ale wrażeń, obrazów i refleksji. Myślę o tym, co widziałam i o tych miejscach, których nie zdążyłam szczegółowo obejrzeć. Planuję kolejną wizytę. I nagle pojawia się myśl, że trzeba o Beamish powiedzieć innym. Tym, których już same słowa: „muzeum” lub „skansen” odstraszają. Albo tym, którzy myślą, że wszystko już widzieli. Muzeum w Beamish naprawdę trzeba zobaczyć! Trzeba samemu przeżyć niezwykłą podróż wehikułem czasu!

źródło: Elżbieta Ślebzak/Cooltura