Kują żelazo, chociaż gospodarka wcale nie jest gorąca

Może Brytyjczycy będą wkrótce mieli cieńsze portfele, ale kryzys gospodarczy tchnie ducha odnowy w ich małżeństwa i w życie seksualne. Tak było w latach 70., dlaczego więc ten sam scenariusz nie miałby się powtórzyć dzisiaj?

Żyjemy z widmem recesji na horyzoncie. Raty kredytów hipotecznych poszybowały w górę, a koszty utrzymania rosną, co oznacza, że pary nie mogą już sobie pozwolić na rozmaite rzeczy, które robiły w erze hedonizmu (czytaj: w czasie minionego boomu gospodarczego).

Koniec z romantycznymi kolacjami w restauracjach, bukietami kwiatów i pudełkami czekoladek. Koniec z wizytami w klubach i z przetańczonymi do rana nocami. Zaraz, zaraz. W sumie to moje małżeńskie życie nigdy tak nie wyglądało.

Ale bądźmy przez chwilę poważni. Ludzie naprawdę mają chudsze portfele. Odpadają wyjścia do kina, bo kosztują fortunę – nawet sam popcorn to wydatek. Podróżowanie stało się problemem, ponieważ zatankowanie samochodu wymaga wzięcia pożyczki w banku, a ceny benzyny rosną w tak zastraszającym tempie, że do głowy przychodzą myśli, by położyć przy włączonym silniku obok rury wydechowej i zasnąć na wieki.

Do tego dochodzą jeszcze rachunki za ogrzewanie, gaz i elektryczność, które największego twardziela doprowadzą do łez. Na szczęście istnieją także pozytywne strony tej gospodarczej zapaści.

Zawsze w czasie kryzysu ekonomicznego następuje zmiana na lepsze w sypialni. W latach 70. wzrósł wskaźnik urodzeń, ponieważ tak często odcinano prąd, że ludzie musieli bawić się w ciemnościach. Pamiętam, jak jeszcze w szkole podstawowej nasz nauczyciel geografii uśmiechał się lubieżnie i wyjaśniał zjawisko wyżu demograficzny mówiąc: – Ludzie nie mieli nic innego do roboty.

Przez lata sądziłam, że chodziło o organizowane wówczas w ciemności przedstawienia kukiełkowe. Jakoś nie zastanawiało mnie, w jaki sposób widzowie mogli cokolwiek dojrzeć w takich warunkach.

Obecnie sytuacja wygląda tak samo niewesoło, a pary znajdują identyczne rozwiązanie dla braku rozrywek jak poprzednie pokolenia. Kują żelazo, chociaż gospodarka wcale nie jest gorąca.

Sprzedaż ubrań ciążowych znacznie ostatnio podskoczyła i to wcale nie dlatego, że robimy się – jako społeczeństwo – coraz grubsi. Sieć sklepów Mothercare odnotowała wzmożone obroty, zaś drogeria Superdrug donosi, że wzrosło zainteresowanie produktami z zakresu zdrowia seksualnego.

Muszę przyznać, że według mnie to wspaniała nowina. Od zbyt dawna tylko goniliśmy za pieniędzmi i karierą, zaniedbując życie rodzinne. Dotyka to wszystkich. My, muzułmanie, mamy opinię mało otwartych na te sprawy, ale także potrafimy rozmawiać o seksie. No, w każdym razie o seksie małżeńskim. Seks innego rodzaju jest tematem tabu, a jego uprawianie – karane śmiercią.

Jakiś czas temu odbyłam bardzo szczegółową rozmowę z pewnym pobożnym duchownym o kobiecie w Ameryce, która poślubiła wazon i mężczyźnie, który ożenił się z kozą. Naprawdę, z kozą! Chodzi o to, że ludzie we wszystkich kulturach potrafią być na swój sposób szczęśliwi. A pary, które razem się bawią, zostają razem. Czy może pary, które modlą się razem…? Nie pamiętam.

Tak czy inaczej w najbliższym czasie zniknie zjawisko kryzysu małżeńskiego. Wszyscy będziemy pędzić z pracy prosto do domu – pod warunkiem oczywiście, że wciąż będziemy jeszcze zatrudnieni – by przytulić się do swojej drugiej połowy. Romanse i zdrady odejdą w przeszłość. Bo kogo będzie jeszcze stać na drogie SMS-y i prezenty dla kochanki w postaci seksownej bielizny?

Oczywiście, ten okres małżeńskiego szczęścia nie potrwa w nieskończoność. Jak mądrze powiedziała wydawczyni magazynu „Mother & Baby”: – Czy znacie przyjemniejszą i tańszą rozrywkę od robienia dzieci? Problem polega tylko na tym, że kiedy już przyjdą na świat, zaczynają się wydatki.

Czyli: bawmy się, a o konsekwencje będziemy martwić się później? Hmmm. Brzmi to zupełnie jak motto obecnego rządu.

źródło: Anila Baig/The Sun