W tym tygodniu amerykański kryzys finansowy dosięgnął Europy. W ciągu kilku dni upadło pięć europejskich banków, a wczoraj francuska minister finansów przyznała ostatecznie, że druga co do wielkości gospodarka strefy euro pogrążona jest w recesji.

W tej sytuacji przywódcy Francji, Wielkiej Brytanii, Włoch i Niemiec zwołali nadzwyczajne posiedzenie w paryskim Pałacu Elizejskim, by przedyskutować drogi wyjścia z kryzysu.

W liście wysłanym do europejskich przywódców w przededniu spotkania, prezydent Francji Nicolas Sarkozy napisał, że europejski interes wymaga “intensywnej koordynacji”. – Nasi obywatele oczekują od nas zdecydowanych działań, które będą ich chronić – dodał.

Spotkanie oznacza koniec okresu urzędowego optymizmu, kiedy do decydenci i finansiści wyrażali przekonanie, że Europa może cało ujść z gospodarczej burzy. Większość krajów europejskich, argumentowali, uniknęło kredytowego i nieruchomościowego boomu na wzór amerykański – z wyjątkiem może Wielkiej Brytanii, Irlandii i Hiszpanii. Jeszcze do niedawna Europejski Bank Centralny obawiał się bardziej inflacyjnych konsekwencji dynamicznego wzrostu, niż deflacyjnego wpływu kryzysu w sektorze finansowym.

Jednak ostatnie finansowe konwulsje w USA sprawiły, że inwestorzy na całym świecie zaczęli się gorączkowo zastanawiać, jak słabsze instytucje będą w stanie znaleźć dla siebie środki finansowania. W ciągu kilku dni Fortis, Bardford & Bingley, Glintir i Delia zmuszone były zwrócić się o pomoc do państwa.

Co gorsza, ostatnie dane z wielu krajów Europy potwierdzają, że Stary Kontynent przeżywa głębokie gospodarcze spowolnienie, bo biznes zmaga się z relatywnie wysokimi stopami procentowymi i mocnym euro. Wielka Brytania, Irlandia, Dania i Hiszpania albo już znajdują się w fazie recesji, albo na jej krawędzi. Bezrobocie wzrosło we Włoszech i Francji. W Niemczech gwałtownie spadła produkcja przemysłowa.

Europejscy politycy szybko przeszli od szeptania, że sytuacja jest pod kontrolą, do krzyczenia, że warunki są gorsze, niż ktokolwiek mógłby przypuszczać. Palmę pierwszeństwa, jeżeli chodzi o stężenie pesymizmu, dzierży premier Francji Francois Fillon, który ostrzegł, że świat stoi w obliczu największego krachu finansowego od 1929 roku w połączeniu z najtrudniejszym ekonomicznym testem od czasów kryzysu naftowego w 1973.

Pod pewnymi względami Europa jest dobrze przygotowana na kryzys finansowy. Europejski Bank Centralny zyskał sobie markę wiarygodnej instytucji finansowej – mimo że europejski przemysł głośno domaga się obniżek stóp procentowych – i sprawnie zapewnia płynność rynkowi. Stworzenie liczącej 15 krajów strefy euro wprowadziło większą stabilizację do serca europejskiej gospodarki i zakończyło szaleństwo dewaluowania na wyścigi swoich walut, co było cechą charakterystyczną poprzednich kryzysów finansowych.

Europejski rządy pokazały, że potrafią działać z imponującą szybkością i skutecznością, gdy chodzi o uratowanie podupadających banków prowadzących międzynarodowe operacje, takich jak Fortis i Dexia. Skomplikowany europejski system nadzoru finansowego w teorii nie działa być może zbyt elegancko, ale w praktyce funkcjonuje zupełnie sprawnie.

Kryzys obnażył jednak również słabości europejskiej gospodarki. Angel Gurria, sekretarz generalny Organizacji Współpracy Gospodarczej i Rozwoju mówi, że opracowanie i wprowadzenie skoordynowanej reakcji w bloku liczącym 27 krajów, jest z natury rzeczy znacznie trudniejsze niż zarządzanie jednolitym organizmem fiskalnym politycznym i administracyjnym, jakim są USA lub Japonia.

Ostrzega on również, że konsekwencje kryzysu finansowego mogą być dla Europy proporcjonalnie większe i bardziej długotrwale niż dla USA. Jak podkreśla, europejskie banki odgrywają bardziej centralną rolę w gospodarce niż to ma miejsce w USA, gdzie kredyt oferuje wiele „nie-bankowych” instytucji finansowych. Amerykańskie banki także znacznie sprawniej pozyskują świeże fundusze i rekapitalizują się.

“Europejska gospodarka jest w dużo większym stopniu ubankowiona. W związku z tym, kiedy banki dotyka kryzys zaufania, problem jest proporcjonalnie większy” – mówi w wywiadzie dla FT.

Europejskich decydentów zaalarmowała decyzja amerykańskich władz, które pozwoliły upaść Lehman Brothers. Teraz są one zdeterminowane, by zapobiec takiemu scenariuszowi w strefie euro. W czwartek prezes EBC, Jean-Claude Trichet mówił o „ogromnych i bardzo niefortunnych konsekwencjach” tego, że Lehmanowi pozwolono upaść.

Przekaz, nawet jeżeli nie wyrażony wprost, jest taki, że politycy nie powinni pozwolić na upadek żadnego znaczącego europejskiego banku – a decydenci nie powinni dać się zwieść akademickim argumentom o „moralnym hazardzie”. Z ideologicznego punktu widzenia europejscy liderzy są bardziej skłonni by zaakceptować państwową interwencję niż ich amerykańscy odpowiednicy. Jednak ich największa obawa dotyczy tego, że upadnie znacznie większy i bardziej zdywersyfikowany europejski bank.

Dennis Snower, prezes Instytutu Gospodarki Światowej w Kilonii mówi, że Europa musi być przygotowana na wpompowanie znacznych sum w rekapitalizację sektora bankowego – tak jak to zrobiono w USA.. – Banki centralne działały jako kredytodawca ostatniej instancji. Teraz jednak odkrywamy, że mogą one również działać jako nabywca ostatniej instancji w przypadku instytucji finansowych, które niosą ze sobą systemowe ryzyko finansowe – powiedział.

Jednak praktyczne trudności w ratowaniu dużych instytucji finansowych w Europie są ogromne, biorąc pod uwagę, że zobowiązania niektórych banków przekraczają PKB ich rodzimych krajów. Trichet poddał w wątpliwość, czy możliwe jest stworzenie europejskiego odpowiednika amerykańskiego planu ratunkowego. – Nie mamy budżetu federalnego, więc pomysł, że możemy zrobić to samo, co zostało zrobione po drugiej stronie Atlantyku nie pasuje do politycznej struktury Europy – powiedział.

Brak zunifikowanej struktury nadzoru i skoordynowanej odpowiedzi Europy na kryzys, skłonił niektóre rządy do jednostronnego działania w celu chronienia swoich banków, nawet kosztem rozwścieczenia sąsiadów i zakłócenia funkcjonowania wspólnego rynku. Wielka Brytania ostro skrytykowała Irlandię za wprowadzenie gwarancji dla długów i depozytów w sześciu swoich największych bankach.

Na swoim blogu w FT Willem Buiter, profesor London School of Economics skomentował: “Irlandzkie gwarancje to najbardziej bezczelna prowokacja wobec sąsiada, od kiedy w średniowieczu armie oblężnicze katapultowały do środka obleganych miast ciała zarażonych morem”.

Kilka krajów europejskich będzie również ograniczonych w walce z kryzysem poprzez stan swoich finansów publicznych. Podczas gdy niektóre państwa prowadzące rozsądną politykę fiskalną, takie jak Niemcy i Hiszpania, mogą z łatwością zwiększyć wydatki publiczne, by podtrzymać popyt, inne, takie jak Francja i Włochy, mają niewielkie pole manewru. – Parasol trzeba kupować wtedy, gdy świeci słońce. Teraz pada, a parasole niektórych krajów są bardzo mizerne – mówi Gurria.

Być może najważniejsze pytanie w dłuższej perspektywie brzmi, czy kryzys finansowy wzmocni etatyzm, który tak mocno dominował w powojennej europejskiej gospodarce. Krytycy ekscesów anglosaskiego kapitalizmu finansowego dostali z pewnością mocny argument do ręki. W ubiegłym tygodniu Sarkozy, który jest zdecydowanym krytykiem liberalnej i konkurencyjnej polityki UE powiedział, że kryzys ostatecznie skompromitował lesseferystyczną wersję kapitalizmu. Ostrzegł jednak przed historycznym błędem, jakim byłby powrót do rozwiązań „kolektywistycznych”.

Francesco Giavazzi, profesor ekonomii na uniwersytecie w Bocconi obawia się, że ten nowy interwencjonistyczny trend dostarczy politykom przykrywki, by robić „złe rzeczy”. Przywołuje przykład interwencji rządu włoskiego, mającej na celu uratowanie linii lotniczych Alitalia, przy jednoczesnym zablokowaniu próby przejęcia przez zagranicznego przewoźnika. – Pomysł, by wydawać publiczne pieniądze na ratowanie lokalnej linii lotniczej jest moim zdaniem kompromitujący. Jeżeli jakiś bank upada, może pociągnąć za sobą pięć innych banków i zaszkodzić relacjom kredytowym z innymi firmami. Jeżeli Alitalia upadnie, żadna inna firma od tego nie zbankrutuje – mówi.

– Dalsza deregulacja gospodarki i zastrzyk przedsiębiorczości w amerykańskim stylu są niezbędne, jeżeli Europa ma zwiększyć swoje tempo wzrostu – twierdzi. – To, czego potrzebuje Europa, to więcej, a nie mniej konkurencji.

Autor: John Thornhill, współpraca: Ralph Atkins, Guy Dinmore i Ben Hall
źródło: onet.pl