Żelowe bransoletki to moda – nieważne, że kiczowata. Posiadanie jednej z nich znaczy tyle samo, co dzwonek Crazy Frog w komórce, czapeczka Burberry czy Apple iPod.

Na jednym z londyńskich koncertów, kilka tygodni temu, w modnym klubie Koko na Camden białe gumowe bransoletki z napisem Make Poverty History zdobiły setki rąk unoszących się w górę. Znajoma wyjeżdżająca na wakacje do Polski dostała kilka esemesów z zamówieniami na poszczególne kolory, każdy chciał ten, który mu najbardziej pasuje – niebieski do bluzki, biały do karnacji, zielony do oczu, czarny do zegarka. Gwiazdy rocka, politycy, prezenterzy telewizyjni, sportowcy, aktorzy, modelki od dawna pokazują się z kolorową gumką na przegubie. Bono, Brad Pitt, Penelope Cruz noszą bransoletki kampanii One, która walczy z biedą na świecie.
Szaleństwo żelowych bransoletek, z których dochód podobno zostaje przekazany na chorych, głodujących, biednych po Stanach ogarnęło Londyn. Moda na noszenie kolorowych gumowych pasków wypiera manie na Pokemony, Ugg boots, Kod Leonarda Da Vinci, Harry Pottera czy czerwone nitki kabały tzw. nitki Racheli, którym nadal pozostaje wierna Madonna i jej rodzina.
Bransoletki sprzedawane po funcie w londyńskich sklepach mają różne kolory. Kolor bowiem ma istotne znaczenie, bo sygnalizuje całemu światu w jaką akcję zaangażował się właściciel. Świadomie lub mniej niebieski noszą ludzie solidaryzujący się z ofiarami tsunami, czerowny wspiera badania nad AIDS, fioletowy oznacza walkę z narkotykami, różowy to symbol walki z rakiem piersi. itd. Bransoletki mają też różne napisy, np. Stand Up, Speak Up (Wstań i Mów). To hasło lansowane na czarnych i białych bransoletkach przez firmę Nike, która zaangażowała się w walkę z rasizmem po tym jak ostro krytykowano ją za wyzyskiwanie pracowników na Dalekim Wschodzie.

Te wielobarwne, charakterystyczne cienkie paski naszą dumnie tysiące londyńczyków. Nie zakładają ich już chyba tylko alergicy na gumę, lub ci, którzy drobne datki dla najbardziej potrzebujących wolą przekazywać anonimowym czekiem lub w drodze do pracy kupują kilka kopii Issue, po czy ich ze sobą nie biorą.

Czy rzeczywiście już tak trudno jest zrobić coś dobrego, pomóc komuś i w żaden sposób tego nie afiszować?
Najwyraźniej nie żyjemy w czasach i w świecie dla indywidualistów. Jednak czy ma to jakiekolwiek znaczenie, w jakim stylu pomagamy – anonimowo czy masowo? Przecież najważniejsza powinna być ponadczasowa pomoc innym, a nie sposób jej niesienia.
Tymczasem żelowe bransoletki produkowane się w Chinach w przedsiębiorstwach wyzyskujących robotników. Pracodawcy niezgodnie z prawem pracy pobierają od nowych pracowników depozyt. Robotnicy zarabiają dużo poniżej minimum, pracują po kilkanaście godzin, siedem dni w tygodniu, nie mają prawa do wakacji, nie przysługuje im adekwatne odszkodowanie. A wszystko po to, aby wyprodukować jak najwięcej bransoletek, bo moda na nie nadal trwa. Oczywiście do czasu, bo tylko patrzeć jak pojawi się nowy przedmiot pożądania, który zepchnie trendy bransoletki do lamusa.

Kolorowe paski – protest przeciwko biedzie, rasizmowi, chorobom
Trend kolorowych bransoletek zapoczątkował słynny kolarz, Amerykanin Lance Armstrong, kiedy w 1996 roku wykryto u niego raka jąder. Dzięki pomocy lekarzy pokonał chorobę i wrócił do kolarstwa. Brawurowo wygrał najbardziej prestiżowy wyścig kolarski Tour de France. Potem zwyciężał kolejno przez sześć lat. Jeszcze w trakcie leczenie Lance założył Lance Armstrong Foundation, która zbiera pieniądze na badania i walkę z rakiem. Armstrong zapoczątkował modę na żelowe bransoletki. W zeszłym roku wymyślił akcję Live Strong (Żyj Mocno). Jej symbolem stały się żółte (kolor koszulki kolarza) bransoletki.
Pomysł podchwyciły kolejne organizacje charytatywne. W Wielkiej Brytanii ponad 400 organizacji i fundacji kreuje koalicje żelowych bransoletek.

źródło: Joanna Biszewska / Cooltura